Kategorie: Wszystkie | Kultura | Literatura | Religia
RSS

Kultura

niedziela, 08 stycznia 2017

Usłyszałem na mszy księdza wychwalającego Boga jako Króla wszechświata. I to mnie zastanowiło.

Dotąd zawsze mówiło się o świecie, który stworzył Bóg. I to było wystarczające, bo świat znaczył dosłownie wszystko. Zresztą, może ludzkość nie wymyśliła bardziej pojemnego pojęcia, które pomimo szerokiego zakresu i mnogości homonimicznych znaczeń było dla wszystkich zrozumiałe.

A teraz nagle słyszę, podczas celebrowania mszy, że świat już nie wystarcza. I że trzeba zastąpić go wszechświatem, aby podkreślić wielkość nieskończonego Boga. Bo to możliwie najszersze pojecie utraciło swój prymat i jego znaczenie uległo dewaluacji. Oczywiście wciąż obejmuje całość, ale jednak już nie tak pełną jak dawniej, gdy używał go Platon, święty Augustyn czy Pascal. Oprócz materialnego, rozumiało się w nim pierwiastek duchowy. I nawet jeżeli chrześcijaństwo nominalnie wprowadzało rozróżnienie świata wiecznego i doczesnego, to jednak mówiąc „świat” postrzegaliśmy otaczającą materię wypełnioną czymś więcej. Tym czymś immanentnie włączonym w tryby pojęcia. Jego znaczenia i kształtu.

I oto na to zajęte miejsce wkracza wszechświat. Długi i niezbadany, pełen najgłębszych różnorodności i nigdy nieodkrytych tajemnic. Spowity barionową i ciemną materią, rozszerzany niezrozumiałą energią. Niemniej jednak, przy całym swoim niezmierzonym ogromie – skończony. Bo pojęcie wszechświata pozostaje pojęciem fizycznym, określonym przez kosmologię i ukonstytuowanym na materii. Ta przestrzeń zatrzymana gdzieś za niedostępnym nam horyzontem, ma jednak swoje granice, co zmienia jej charakter i co bezwzględnie zubaża ją w cieniu nieskończonego Boga.

I właśnie do tego wszechświata odwołuje się podczas mszy kapłan. Albo w ogóle Kościół katolicki w Polsce, który na różnych płaszczyznach asymiluje naukowy język, wchodząc w tunele jego dyskursu, a to też znaczy - wartości. Bo jest go coraz więcej: słowa, które przywołałem wypowiadane podczas mszy, pomniki które tytularnie odwołują się do Boga wszechświata, ale też w innym zakresie opowiadanie wiernym o cudach, których pewności nie zaświadcza już sama wiara w metafizycznego Boga, tylko naukowa metodologia.

To wszystko są obszary, które, jak ruchy tektoniczne, znaczą wchodzenie jednych płyt na inne, wygrywając wielkie kontynenty. Tylko bez trzęsień ziemi i oczywistych rozłamów. Bo ta krwawa rewolucja odbywa się niepostrzeżenie, w cichości dominującego języka, którego agresja ma mniej spektakularny charakter, choć nie brak jej brutalności.

Oto więc miejsce sekularyzacji, gdy język wiary ulega językowi przyczynowo-skutkowemu w którym transcendencji nadaje się status tabu i zsyła na margines. A to właśnie poprzez język rozumiemy i komunikujemy niemal całą przestrzeń naszego życia. Cały świat właśnie, w tej najszerszej z możliwych definicji. I ten język określający nasze perspektywy, wartościujący nasze wybory czy sytuujący nasze miejsce w przestrzeni stanowi o naszej kulturze. Tej kulturze, którą oddychamy, myślimy, którą się posilamy.

Dlatego pewnie status wszystkich religii na tym obszarze nie jest godny pozazdroszczenia. I być może w tym kontekście dramat apokalipsy nie polega na ogłuszającym wybuchu kumulującym możliwe nieszczęścia, tylko na prostym wyciszeniu, gdzie w stopniowym odrywaniu się części od całości, nadchodzi zapomnienie. Pełne i ostateczne, w którym już nikogo nie interesują ślady stóp Boga odchodzącego z pochyloną głową.

W pewnym sensie trudno jednak winić za to powielającego nieczystość kapłana. Ostatecznie każdy oddycha tą kulturą w której mieszka i porusza się w tej przestrzeni znaczeń, która go otacza. Niemniej, trudno nie mieć poczucia, że teren oddawany jest zbyt łatwo. Kościół  z całą swoją siecią świątyń, dominującą pozycją na obszarze wiary, a nawet politycznego i wciąż jeszcze społecznego uprzywilejowania, mógłby przynajmniej zaproponować opowieść o Bogu, która miałaby odpowiedni charakter i była komunikatywna. W końcu po to Bóg go stworzył i taką nadał mu funkcję. Ale zamiast tego mamy w Polsce biskupów prymarnie uwikłanych w świat otaczającej doczesności, gdzie aby podkreślić znaczący charakter wiary, kreuje się Jezusa na króla politycznego państwa i mnoży monumentalne pomniki, mające poświadczyć szerokość wyznania.

Lecz podobne maskarady i sztuczki nie zniosą kryzysu i można kwalifikować zbliżone przedsięwzięcia jako niemy krzyk bezradności w nierównej walce ze współczesnym światem. I nie widać, aby polski Kościół umiał coś na to poradzić. Potrzeba może odpowiedniego języka w którym przestrzeń wypełni się na nowo Bogiem otwartym na człowieka, ale poprzez Radio Maryja, poprzez kiboli na Jasnej Górze i walkę o status uchodźców widać wyraźnie, że obrana droga jest inna. Więc nic nie wskazuje na zmianę.

poniedziałek, 12 września 2016

Wilhelm SasnalTeraz jest głośno o pobiciu polskiego profesora w warszawskim tramwaju ponieważ mówił po niemiecku ze swoim uczonym kolegą. Wstydliwa sprawa, z którą przychodzi nam się mierzyć. Jednak problem tego zdarzenia nie bierze się z incydentalności przypadku. Gdyby tak było, właściwie poza jednodniową sensacją nic by się nie wydarzyło: flora i fauna dużych miast zawiera również zmutowane gatunki i w pewnym sensie nie można tego uniknąć.

Gorzej jednak, że właśnie nie jest to okolicznościowy wypadek. Już od jakiegoś czasu widzimy wzmożenie definiowania polskości w kontekście obcych i innych. Nieswoim przypisuje się różne cechy i tworzy nienaturalne intencje. Najpierw zmienił się język, którym zaczęto coraz głośniej i coraz ostrzej mówić. A to zmiana kluczowa i decydująca. Uważa się, że rzeczywistość budowana jest właśnie na języku, to jego instrumentarium pozwala nam określać i kształtować świat. A język zawsze jest skorelowany z kontekstem. Kiedy więc podnosi się głosy nienawiści i kiedy nieskrępowanie rozprzestrzeniają się proste i szkalujące idee, zmienia się klimat i przekształca kultura.

Naturalnie, sam język nienawiści to jeszcze za mało. W kulturze funkcjonują również mechanizmy obronne, które mogą powstrzymać ten wzrost. Ostatecznie, różne postacie pojawiały się także wcześniej, ale od dekad ich przesłanie nie przebijało się w aż takim stopniu. Dzisiaj jednak nastąpiło przyzwolenie, które ma również charakter instytucjonalny. Oczywiście nie tylko, bo spektrum akceptacji jest szersze i natykamy się na nie nierzadko: śmiechy z aluzyjnych żartów, lajki pod nienawistnymi tekstami, bronienie osób używających agresji, jak mój prawicowy kolega, który ekwilibrystycznymi argumentami bronił kiboli przerywających wykład Baumana. Ale jest jeszcze polski Kościół katolicki tolerujący niechęć do innych i szerzący islamofobię, prokurator widzący w swastyce hinduski znak szczęścia, ignorancja policji w wyszukiwaniu sprawców etc. Te emblematy nowego porządku służą też jego rozrastaniu, bo sytuacja nie jest neutralna i wszelka pasywność znaczy czynną pomoc.

Sprawa jednak przybiera większy obrót gdy rozbudowie niechęci sufluje władza, bo problem zmienia natężenie i przybiera na sile. Ten mechanizm ciekawie opisał Philip Roth w Spisku przeciwko Ameryce, gdy w alternatywnej historii Roosevelt przegrywa wybory i władzę obejmuje sympatyzujący z faszystami Lindberg. Jego izolacjonistyczny ton przekształca wszystko i choć nie musi wiele mówić, ani wprowadzać norymberskich ustaw, to status Żydów w społeczeństwie się zmienia, tak jak i przeobraża się samo społeczeństwo. Postać ojca głównego bohatera, któremu jeszcze przed chwilą za zaangażowaną pracę proponowano awans a który niebawem musi pogodzić się ze zwolnieniem, jest tylko jednym z wielu przykładów zakreślonych na skali wzrastającej niechęci. Roth opisuje jak w konsekwentny, ale też swobodny sposób nacjonalizm przybiera i jak na jego glebie kiełkuje rasizm, zakorzeniając się i konsekrując, aż po pierwsze pogromy na których autor przerywa powieść.

Na podobną drogę wchodzi Polska, gdzie przyzwolenie rządzących i ich środowiska ma podwójny charakter. Z jednej strony bierność określa porządek. Kilku ministrów wybrało się do Wielkiej Brytanii aby zademonstrować sprzeciw wobec ksenofobii jeśli dotyka Polaków, ale żaden z nich nie poczuwał się do głośnego potępienia zajścia i zapewnienia profesora z Jeny o którego poszło w tramwaju, że to odosobniony incydent, aby prostą demonstracją zasygnalizować wszystkim brak tolerancji dla podobnych zachowań, zwłaszcza na takim tle.

Z drugiej strony aktywność rządzących i ich środowiska służy przewartościowaniu wartości. Bo obok milczącego przyzwolenia, jest również słowne poparcie. Wyrażane w szerokim zakresie i na różnych częstotliwościach: poczynając od Kaczyńskiego insynuującego przenoszenie przez uchodźców chorób, aż po usprawiedliwianie bijącego nacjonalisty w tramwaju, ogłaszane publicznie przez naczelnego ważnego prawicowego portalu. To wszystko są elementy, które zamiast tonować podsycają nastroje, nierzadko świadomie, innym razem z bezmyślną beztroską. Ale za każdym razem dając asumpt do kolejnego przekraczania granic, gdzie wyważone drzwi umożliwiają podnoszenie się szlamu. Aż po utonięcie.

W ten sposób brunatniejemy. Pozwalamy zalewać nas fali, która nie przybywa w pokoju i nie oferuje ładu. Kolejne etapy są zresztą znane i istnieje na ten temat szeroka literatura: teraz piętnuje się obcych w osnowie patriotycznych frazesów, ale szybko zmieni się wroga i to samo działanie będzie dotyczyło rodaków, tylko inaczej myślących. A później będzie następne.

W tym sensie przyszłość nie rysuje się słodko. Coraz częściej podnosi się kwestie zbrojnych konfliktów, które w analizach mają wydźwięk mniej abstrakcyjny niż moglibyśmy przypuszczać. Wzrost nacjonalizmu będzie znosił systemy demokratyczne, zamieniając je w porządku autorytarnym. A wtedy trudniej o współprace z sąsiednimi krajami, bo gdy Polska stanie się autokratyczna i Niemcy również, animozje będą narastać bez wyobrażenia ich skutków. Science fiction? Przed trzema laty nie było do pomyślenia, by Rosja mogła anektować część Ukrainy, dziś to już oswojona rzeczywistość; przed rokiem nie wyobrażaliśmy sobie nieobliczalnego Trumpa w Białym Domu, dziś prowadzi w wyborczych sondażach.

Trzeba więc może sobie powiedzieć, że świat, który znaliśmy i do którego ciągle jeszcze jesteśmy przyzwyczajeni, już nie istnieje. I nigdy nie wróci. Wciąż nie wiemy jaki będzie koniec tej toczącej się historii, ale niewiele wskazuje, że będzie lepiej niż było. Czeka nas trudny okres i ciekawe czasy, w złym tego słowa znaczeniu. Być może przesadzam i brak mi odpowiedniej ogłady, ale jeśli nawet Piketty w swojej analizie konstatuje, że duże dysproporcje społeczne zawsze prowadziły do wojen bądź rewolucji, a dziś przecież nierówności ekonomiczne rosną bezwzględnie, to niczym nie potrafię uziemić swojego pesymizmu. I to mnie naprawdę przygnębia.

niedziela, 04 września 2016

Język jakiego używamy w dzisiejszym świecie coraz bardziej staje się jednobarwny. Komplikowanie ulega uproszczeniu, jednakowość zwycięża różnorodność, a monolog wygrywa z dialogiem. Obserwujemy tę tendencję od dawna, aż przestała nas już zadziwiać. Złożoność i heterogeniczność opisu stają się zbędne, czy wręcz niepożądane. Budujemy sobie ten świat na wygodnej prostocie, która w jasny sposób nas do siebie przyciąga i coraz bardziej się do niej dopasowujemy. Sami stajemy się na jej kształt i na jej jakość. W jej ramach określamy świat i na jej miarę wygłaszamy osądy.

To uderzające zwłaszcza dziś, gdy nawyki płytkich ocen zaskakująco łatwo zamieniają się w zjadliwe potępienia. Komentujemy tym chętniej, im sprawa jest oczywistsza i tym głośniej się oburzamy, im temat jest nośniejszy. W czasach globalizacji i mediów społecznościowych, to zjawisko ma też swoje poważne konsekwencje. Wchodząc w powierzchowne oceny, którym nadajemy ton, jakbyśmy byli ekspertami, stwarzamy burzę z której ciskamy gromy. A wtedy też krzywdzimy. Mówi się o tym coraz częściej, ale też na niewiele się to zdaje.

W ten sposób stwarzamy też świat monochromatyczny, z manichejskim podziałem, gdzie dobro jest sprawiedliwością i ma proste prerogatywy, a zło zostaje na wieki potępione. I nie ma w tym refleksji, tylko prosty morał, który nierzadko staramy się podrasować, aby jaśniej wyostrzyć kontury.

A to wszystko nieprawda, bo nic nie jest takie oczywiste, jak przywykliśmy temu przypisywać. Naszą winą jest to, że czyn wyabstrahowujemy z jakichkolwiek motywów. Ktoś coś zrobił i na tym sprawa się zamyka. A jeśli nie jest zgodna z powszechną etyką, to winę można napiętnować dowolnymi słowami. I wtedy się zaczyna. A przecież wszyscy wiemy, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana i każda decyzja ma swoje złożone warstwy. Swoje powody, ale też swoją presję.

Przypominam więc sprawę dopingu, którą tak głośno komentowaliśmy podczas igrzysk, gdy medalowa szansa ciężarowca zakończyła się dopingowym skandalem. Wtedy otwieraliśmy puszkę Pandory, żywego człowieka traktując jak śmietniczkę. Ale  przywołuję doping dlatego właśnie, że trudno o oczywistszą sprawę, tu wszystko jest jasne: jest sportowa rywalizacja i jest złamanie reguł. Oszustwo nie tylko znieważa, ale też deprecjonuje zawody i znosi ich sens. Patrzymy na to z potępieniem, ponieważ trudno o bardziej bezsporną winę. A jednak te oceny, poprzez swoją powierzchowność, wyrządzają większą krzywdę niż mają do tego moralne prawo. Bo sprawa dopingu jest również złożona, nie jest prostą decyzją zgnuśniałego dzieciaka, któremu marzy się prestiż, tylko zespołem sprzecznych decyzji, wewnętrznych sporów, codziennej presji.

Zacznijmy więc od tego, że dziś sport nie opiera się już tylko na talencie. Może nawet talent zaczyna odgrywać mniejszą rolę niż moglibyśmy przypuszczać. Oczywiście, musi być jego niezbywalny poziom, ale przy zdobyciu szczytu sam talent to zdecydowanie za mało. Być może ważniejszy od niego jest charakter, gdzie chęć zwycięstwa podsyca niezdrowa determinacja. Sportowcy, których oglądamy w telewizji i o których czytamy w gazecie, to nie są ludzie z podwórka, którzy mieli dość szczęścia aby w życiu zabłysnąć. Bynajmniej, poprzez porządek wyrzeczeń i treningowy reżim doszli do miejsca w którym się znaleźli. A to wszystko dzięki mentalnemu podejściu, wierze w sukces, determinacji, gdzie podjęty wysiłek ma się zakończyć zwycięstwem rozumianym szeroko, także w znaczeniu triumfu, splendoru, uznania, a nawet sensu i znaczenia.

Ten charakter ma swoją specyfikę i wraz z awersem, swój rewers: porażki bolą potrójnie. Ciśnienie jest wyraźne i ktoś, kto znajdzie się w trudnej sytuacji jest poddany nienaturalnej presji. Wiadomo, przegrana, nawet wiele przegranych, kształtuje charakter, selekcjonując sportowców, którzy się nie zniechęcają, tylko hartują swoją nieprzeciętną stanowczość. Ale człowiek jest tylko człowiekiem i nie zapominajmy, że każdy ma jakieś granice, a ilość porażek zawsze jest wyczerpywalna. Ktoś będzie umiał powiedzieć sobie dość, ale siłą rzeczy również musi znaleźć się wielu, którzy nie będą tego potrafili i którzy wyczuwając słabość swojego organizmu, sięgną po to, po co sięgać nie wolno. To mentalne podejście przy takim charakterze jest jednym z elementów, który wpływa na doping.

Do tego jest jeszcze poczucie, że doping jest powszechny. Przed igrzyskami trwała poważna debata, czy dopuścić do nich niektórych rosyjskich sportowców czy też wszystkich odsunąć, skoro w Rosji doping został zinstytucjonalizowany. Ta debata była głośna, ale od lat szepcze się przecież na korytarzach, że doping zawodowych sportowców, niezależnie od kraju i dyscypliny, jest nagminny. A wraz z takim przekonaniem musi w zawodniku dojrzewać niewłaściwa decyzja, chęć wyrównania szans, dążenie – jakkolwiek kuriozalnie to zabrzmi – do sprawiedliwszej rywalizacji. Te dopingowe szepty na korytarzach być może nigdy nie były prawdziwe, ale one same tworzą już pewną rzeczywistość, do której łatwo jest się odnieść, gdy się nie zwycięża i którą samemu można sobie przedstawić jako usprawiedliwienie, gdy sięga się po rzeczy zakazane. Bo ten psychologiczny aspekt jest kolejnym elementem ciągnącym w stronę dopingu.

A do tego dochodzi jeszcze środowisko w którym się żyje, cały ten ekosystem w środku, który pracuje na sukces, na wyniki, który wkłada swoją własną pracę w karierę danego sportowca lub rozwój grupy zawodników. I w tym klimacie przebywa się cały czas, oddycha rytmem jego pulsu, patrzy przez jego perspektywy. W ten sposób tworzy się swoją własną subkulturę, która określa sens, nadaje znaczenie i bieg spraw życiowych. Porzucić to nagle, albo nie sprostać oczekiwaniom, należy do trudnych momentów. Słabsze wyniki powodują upadek wcześniejszego znaczenia, utratę pozycji w grupie, która jest całym światem, ale też utratę zaangażowania i determinacji innych - szeroko pojętego sztabu, który próbuje funkcjonować jak dawniej, lecz w wyczuwalny sposób już tak nie funkcjonuje. Wreszcie wejście na szczyt, z którego się spada i fizycznie odczuwa zmianę nastawienia, gdzie energiczne poklepywanie zastępują banalne formułki, też są tym momentem, gdy wszystko w środku woła o nagięcie reguł, by odzyskać stracone.

A przy tym wszystkim jest jeszcze rodzina, dalsi znajomi, najbliższa osoba. I teraz mówimy sobie błaho, że z tymi trudnościami i tą presją należy się zmierzyć. I wygrać, jak się wygrywa w sporcie. Tylko że nic nie jest takie proste, jak deklaratywne postulaty wygodnie siedzących w fotelu. Pamiętajmy, że decyzja o uprawianiu sportu wyczynowego to wybór życiowy. I że choć niektórym się udaje, bo ostatecznie na ustawionym podium zawsze ktoś w końcu stanie, to jednak sporej większości zawodników i zawodniczek ta próba się nie powiedzie, pomimo codziennego wysiłku i życia podporządkowanego celowi.  Ci którzy decydują się wejść w sport muszą się z tym liczyć, ale też wyrzeczenia nie zawsze są łatwe. Przychodzą chwile zwykłego, egzystencjalnego zwątpienia, gdzie wszystko traci swój urok, gdy czują się źle, gdy drzwi się zamykają a światło przygasa. Są różne sytuacje, tak jak są potem rozmowy z bliższymi i dalszymi, którym musi się tłumaczyć, że się nie sprostało. A przecież nie każdy to umie i przybiera pokusa krętego uniesienia nadmiernych ambicji.

Oczywiście, nie chcę bronić tym tekstem dopingu i nie jest on jego apologią, bo sam postrzegam go jako nieuczciwość. Wszyscy wiemy, że doping to wspomagacz, który niszczy rywalizacje, ale też organizm tego, który go stosuje i któremu ten sam organizm wystawi kiedyś rachunek. I to w momencie gdy światła ostatecznie zgasną i aby dostać się na stadion, bilet trzeba będzie kupić samemu. Konsekrując doping właściwie zmuszamy do podobnego samowyniszczania tych wszystkich, których ambicją jest wygrywanie, a którzy nie chcieliby tego osiągać w ten sposób. Ale jest jeszcze druga strona, z właściwą sobie specyfiką, którą łatwo znosimy dla taniego moralizatorstwa i łatwego potępienia, które w czasach otwartego internetu, niepokojąco szybko zamienia się w niegodziwy hejt. Nie tylko bez możliwości obrony, lecz nawet bez możliwości szczerego przeproszenia winowajcy.

I tym wpisem pragnę właśnie przywrócić dopingowi człowieczeństwo, nadać mu ludzką twarz, która jest też postacią błędu, szeregu błędów, za które przecież sportowiec ponosi już konsekwencje, kosztujące go w zasadzie wszystko, bo dotychczasowe życie. Nie chcę więc dopingu usprawiedliwiać, ale skomplikować problem, bo nie jest on aż tak prosty, jak przywykliśmy o nim myśleć i na tej podstawie głośno oceniać oszusta. Jest winny, tego nikt nie znosi, ale mniej niż skłonni jesteśmy zarzucać. I ważne, by w ocenie brać to pod uwagę. Ten winowajca będzie miał swoją karę, i wraz z anatemą środowiska swoją długą banicje w której od początku zacznie się uczyć świata jakiego dotąd nie poznał. Źle, jeśli w tym trudnym momencie rzucamy jeszcze swój kamień, bo to nie jest surowe, tylko niegodziwe.

I właśnie dlatego ważne, by świat komplikować.

poniedziałek, 08 sierpnia 2016

Kiedyś pożyczyłem jej książkę o samobójstwie. Esej francuskiego pisarza, na który narzekała, ponieważ po pierwszych intensywnych stronach, coś się nagle zatrzymało i wraz z ciekawością uleciał jej wątek. A teraz powiedziano mi, że nie żyje. Że popełniła samobójstwo. W cichym pokoju dalekiego miasta.

Nie widzieliśmy się od dawna i kiedy przekazano mi wiadomość, nie odczułem tego jakoś specjalnie, jakby nic się nie wydarzyło i ziemia nie zmieniła swojego rytmu. Ale wróciłem do domu odmieniony. Wszystko było jak zwykle, a jednak coś się we mnie przeobraziło, małym, drżącym napięciem, które może niełatwo ująć, ale które wzbudza drżenie w całym sprężystym ciele. Dojmujące i ważkie.

A więc nie żyje. Mój Boże…

Funkcjonujemy w bezpiecznym świecie, gdzie wszystko jest jakoś poukładane, a potem nagle się okazuje, że nic nie jest stabilne. Że nie ma porządku i ład nie istnieje. I że życie znaczy niewiele więcej niż śmierć. Ciemna i pusta. Niema.

Zdjąłem buty, przebrałem się, zakupy powkładałem do lodówki. A potem usiadłem na krześle i nic więcej się nie działo. Nie potrafiłem nawet przypomnieć sobie jej twarzy, rysów, uśmiechów, różnych obrazów, które przecież kiedyś zapadały mi głęboko w pamięć, a teraz pozostawały nie do odtworzenia. Zagubione na zawsze jakby ich nigdy nie było.

W takich chwilach teraźniejszość jest jednak ciągle jeszcze przeszłością. Wiadomość o śmierci kogoś ciągle nie jest jego śmiercią. Po prostu ulubiony fotel ojca pozostaje pusty, ale później jak zwykle go zapełni, matka wejdzie do opuszczonego pokoju z tej kuchni, w której wiecznie przebywa. Tylko że potem się to przeciąga i w pewnym momencie się już wie, już się dojrzało. Chyba nie wyobrażałem sobie, że nigdy już jej nie spotkam, że przypadkowo na siebie nie wpadniemy, jak to się nieraz zdarzało, i z miejsca gdzieś nie pójdziemy, burząc te wszystkie plany, które jeszcze przed chwilą mieliśmy.

A jednak już jej nie spotkam. Nigdy. Ślady bosych stóp na brzegu powyciera fala, deszcz i wiatr wypierze całą resztę.

Może najbardziej dotknęło mnie to, że popełniła samobójstwo, że świat stał się dla niej na tyle trudny, że sama sprowadziła na siebie zagładę. Bezwzględnie i nieuchronnie, tak aby nic już nie było do uratowania. I cały jej świat, to wszystko co zbudowała swoimi drobnymi dłońmi, błyskotliwym umysłem, gibkim ciałem, tym wszystkim co ją stanowiło - rozpadło się. Bezdusznie. W zdeterminowanym czynie, który nigdy nie jest kaprysem a walką pozostaje na zawsze.

I myśl, że zrobiła to świadomie, z pełnym przygotowaniem i pod ciśnieniem, które nie zostawiło względnego wyboru, jest naprawdę trudna. Każdy z nas ma przecież doświadczenie, gdy życie staje się na tyle ciężkie, że rzeczywiście ma się wszystkiego dość. Ale jednak to przechodzimy, jakoś dajemy sobie radę i mamy poczucie, że od podobnych kroków byliśmy daleko. A ona tego nie udźwignęła. O ten jeden raz było dla niej za dużo. I ziemia potoczyła się w dół.

Próbowałem przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz ją widziałem, a potem ustalić czas, jakby można było dzięki temu coś zyskać. Rozchodzimy się w różne strony, gubimy się z oczu. W dobie współczesnej techniki jest łatwiej, bo wiadomości płyną drogą internetową. Nie miała konta na Facebooku, ale maile przesyłała z właściwą sobie nieregularnością. Zamknięte w mojej skrzynce są teraz znakiem minionego czasu. Zapewne niedługo je przeczytam, wracając do tego, co miało ciąg dalszy, ale co przybrało już postać ostateczną. Jak życie zamknięte w kilku tabletkach wziętych po to, by przyszłość nie nastąpiła.

Teraz jednak wciąż nie potrafię do nich sięgnąć. Odszukać ich i ułożonych w chronologicznym porządku - przeczytać, jeden po drugim, odtwarzając tę przeszłość, która przecież nie jest już do odtworzenia. Jak wszystko co w naszym życiu minione. Nie tylko twarze. Zresztą, przede wszystkim nie twarze.

I ją również zapomnę - wiem o tym - jak zapomina się wszystko. Choćbym stawał na głowie i próbował odwrócić cały porządek rzeczy. Może piszę to epitafium po to właśnie, by pomimo wszystko i ją i siebie przekonać, że jednak nie zapomnę. Ale zapomnę. Już zapominam, zamieniając tym tekstem w literacką postać, zależną od formy jaka przy tym powstaje. Nie umiem nawet powiedzieć ostatniego słowa, jakie należy powiedzieć. Może tylko, iż chyba jestem na nią zły, że odeszła, że rzeczywiście umarła. Na śmierć, tak właśnie jak się naprawdę umiera. Bo „tego nie robi się kotu”.

środa, 20 lipca 2016

Euro, jak wiemy, zakończyło się bramką w 109 minucie meczu Edera. Francja się nie podniosła i Portugalia została mistrzem Europy w piłce nożnej A.D. 2016. Ale sam Eder urodził się w Gwinei Bissau, niewielkim państewku w zachodniej Afryce, byłej portugalskiej kolonii, która jednak od dawna kolonią nie jest, a językiem portugalskim włada tam niewielu. Słowem, o mistrzostwie Europy rozstrzygnął gol Afrykanina.

Ale dużo ciekawsza od tego jest konstatacja, że nikogo to nie dziwi, że kiedy celebrowano gola z urodzenia Gwinejczyka, wszystkie komentarze utrzymane były w duchu, że Portugalczyk strzelił gola Francji. Nawet artykuły po finale jeśli już bardziej skupiały się na strzelcu, to raczej podkreślając jego słabe (przy takiej fazie rozgrywek) walory piłkarskie i perturbacje w karierze, niż pochodzenie, które nikogo nie interesowało.

Bo może też nie powinno. Jeśli spojrzy się na innych reprezentantów Portugalii, ale też Francji z finałowego meczu, to wielu z nich miało różne korzenie. Edera nie przypilnował Laurent Koscielny, francuski obrońca polskiego pochodzenia, poza boiskiem przestrzegający aby jego nazwisko było wymawiane z poszanowaniem polskich znaków diakrytycznych, których przecież w pisowni nie widać. Wcześniej Francja wyeliminowała Niemcy, w szeregach których grają…

I tak dalej. Tę historię można byłoby w ten sposób opowiedzieć o każdej reprezentacji kraju na Euro, również Polski. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Ruchy migracyjne tworzą świat od zawsze, sami jesteśmy potomkami szeregu pokoleń emigrantów, poczynając od najdawniejszych czasów aż po bardziej współczesne. I piłka, w wymowny sposób, odzwierciedla tylko te tendencje. A jeżeli niekiedy liczba zawodników migracyjnego pochodzenia w drużynie jest wyższa niż autochtonów w społeczeństwie, to jest to efekt zmiany struktury społecznej, gdzie młodzi osadzonych klas średnich i wyższych, częściej mecze rozgrywają przed komputerem niż na przygotowanym boisku.

Europa jako dostatni i bogaty kontynent, do tego nierzadko wykorzystujący zasoby i siłę roboczą innych stron świata, czym wzmacnia nierówności i pilnuje hierarchii, traktowana jest jako żyzna ziemia, obiecująca dobrobyt i w silnie zmitologizowanym klimacie - udaną przyszłość. Nie dziwmy się, że przyciągamy wielu, którzy marzą o spokojnym życiu i odrobinie świata dla siebie. Podobnie jak marzymy my. Zaletą piłki jest więc to, że przy dużej popularności i w medialnej otoczce, pomaga nam się z tym oswajać, przypatrywać, wzbudzać tolerancje i przyswajać ideę. W ten sposób sami asymilujemy się w rzeczywistości, która nas otacza i z którą również musimy się w jakiś sposób mierzyć. Pomimo naszych stereotypów, przyzwyczajeń i słabości. Bo choć możemy się siłować z tym światem, wypowiadać mu pokój i iść z nim na wojnę, to musimy mieć świadomość, że nie wygramy tej bitwy. Bo migracja jest rzeczą zwyczajną, zawsze występowała i nic jej nie zniesie. Żadne mury wznoszone na granicach, restrykcyjne ustawy i buńczuczne słowa. Na bieżąco trwa również w Polsce, ale bez kamer i przemów polityków. Bez pierwszych stron gazet, które straszą obcymi. Tylko w zwyczajnym trybie i w wytyczonej formule. A wówczas nie razi aż tak.

I po tym, jak minęła największa fala prostej ksenofobii i śmielszych nacjonalizmów, warto o niej przypomnieć i zaakcentować normalność. Bo póki się bogacimy, podnosząc nasz status i komfort życia, musimy liczyć się z tym, że osób mówiących łamaną polszczyzną będzie coraz więcej, że będą miały dzieci tu urodzone, polskie marzenia i obok przywiezionej, również polską kulturę we krwi. A kiedy już polski Eder strzeli rozstrzygającego gola w finale, ważne, by ta radość z chwały i triumfu nie była zabita przez rasistowskie zacietrzewienie, tylko wystrzeliła swobodnie i nieskrępowanie, bez chorego osadu, który jak wszystkie poglądy oparte na resentymencie, zjada przede wszystkim noszącego. Trawiąc go niezbywalną frustracją.



niedziela, 10 kwietnia 2016

W sobotę, jako jJanów Podlaskiedną z ważniejszych, media podawały informacje, że zasobna żona perkusisty znanego zespołu myśli o pozwie, ponieważ pojawiają się przesłanki, że w stadninie w Janowie Podlaskim niewłaściwie dbano o jej konie. Dwa z nich zmarły, przy czym śmierć drugiej klaczy rzeczywiście była związana z podjętym ryzykiem, które się ostatecznie sprawdziło.

Zaś parę dni wcześniej newsem była wiadomość, że ta sama osoba zabierze w nowe miejsce resztę swoich koni z Janowa. Zresztą jak inni, bo informację uzupełniano kolejnymi przykładami.

I jeśli cofniemy się w niedaleką przeszłość wzmianek dotyczących Janowa Podlaskiego znajdziemy mnóstwo. Jakby jazda na koniach była w Polsce powszechnie uprawiana a hippika stała się sportem narodowym.

Ale wbrew wszelkim pozorom ten serial, który od tygodni obserwujemy najmniej może dotyczy właśnie koni. A tym bardziej Shirley Watts, która dla zaangażowanych kaprysi niczym Alexis z Dynastii. Bo ta opowieść, która ma swój wyraźnie zarysowany początek i udramatyzowany kierunek, jest przede wszystkim opowieścią o nepotyzmie i jego konsekwencjach. O władzy, która zawłaszcza państwo, zuchwało brnąc pomimo wszystko i o establishmencie, który obwieszcza swoją naturę, kolejno abrogując maski.

Stąd choć media trzymają się literalnej linii, wszyscy przyglądamy się temu słuchowisku z podtekstem, a aktorzy i artefakty odgrywają spodziewaną rolę, zaś w epilogu oczekujemy przewidywanej puenty. I każdy odcinek utwierdza nas w naszych proroctwach.

W tym sensie stadnina koni traci swój realny charakter i staje się czytelnym symbolem w którym znów pojawia się znana od tysiącleci narracja alienacji władzy od poddanych. Nas od nich. Gdzie uprzywilejowanie nie będzie znaczyło dobrej zmiany. Bo też wszyscy widzimy, łącznie - jak myślę - z pisowskimi akolitami, że proponowana rewolucja obecnej władzy nie jest rewolucją instytucjonalną (choć w innym miejscu narzuca ona zmiany ustrojowe), ale rewolucją osobową, gdzie kompetencja znaczy mniej niż znajomości i miejscowe układy.

A przykład Janowa Podlaskiego, w którym cenionego na świecie dyrektora od dziesięcioleci zaangażowanego w to miejsce, zastępuje się koleżką kolegi, przez co stanowisko przybiera formę zwykłej synekury, jest może najdosadniejszą ilustracją kumoterstwa na jakim ten aparat buduje nomenklaturę. I takich przykładów jest więcej, spotykamy je na każdym kroku i słyszę o nich nawet jadąc do pracy pociągiem. Pewnie wszyscy znamy kogoś kto zetknął się z tym bezpośrednio, w taki lub w inny sposób, bo powstało nagle przyzwolenie i zainteresowani łapczywie upominają się o „swoje”.

Ale w tym wszystkim jest coś jeszcze: nieusuwalne następstwo, ostateczny skutek, nasz danse macabre, który musimy tańczyć wbrew swojej woli przykuci myślą o nieodwracalności. Bo te wszystkie przekazywane nam informacje sugerują, że Janów Podlaski się skończył, że nie będzie do niego powrotu. Że najbardziej optymistyczna może być tylko myśl o wieloletnim przywracaniu prestiżu, który był jeszcze przed chwilą, ale który na naszych oczach zamienia się w niegdysiejsze wspomnienie.

I tak jest ze wszystkim. Widzimy jak bezceremonialnie nowa władza zawłaszcza państwo i spodziewamy się konsekwencji. Definitywnych i niepodważalnych, wieszczonych w fatalistycznym tonie. Bo symbolizm Janowa Podlaskiego umieszczony jest w pewnej przestrzeni: w podobny sposób mówimy przecież o Puszczy Białowieskiej, która po decyzjach ministra nigdy nie powróci do stanu, który ją zawsze wyróżniał. A za tymi przykładami stoi wiele większych lub mniejszych instytucji, które poprzez walec nepotyzmu zostaną na zawsze wykolejone, niekiedy znikając na dobre, innym razem nieodwracalnie przekształcając właściwy charakter.

W ten sposób to co zawsze łatwo zarzucało się władzy realizuje się z chciwą zapalczywością, aż pojawia się w nas niezdrowa satysfakcja, że rozumiemy mechanizmy otaczającego świata. Chłodnego świata który nie do końca jest nasz. Oto miejsce, w którym znów przestajemy być obywatelami, w którym dystans pomiędzy nami a państwem rośnie i gdzie przestajemy być za nie odpowiedzialni. Bo oglądając janowski serial przede wszystkim upewniamy się jak bardzo władza instrumentalizuje instytucje na których mamy się opierać, które mają nas dotyczyć, od których w różnym stopniu jesteśmy zależni. Uwłaszcza się normy aż tracą swój wymiar przybierając elastyczną formę. A potem trudno nam się z nimi identyfikować, więc też trudno o nasze zaangażowanie. To moment deprecjacji państwa, ale też naszego stosunku do niego. Ten serial mówiący o oczywistych nadużyciach wobec których pozostajemy bezradni, rodzi naszą frustrację i nasz bunt. Ale ten bunt zostanie obrócony przeciwko państwu jako pewnej wspólnocie, do której szybciej się zniechęcimy niż pójdziemy w jej kierunku. Choć przecież w niemałym stopniu zależymy od tej relacji, którą porzucamy.

Ten szeroki nepotyzm będzie miał więc swoje konsekwencje, swój skutek po swojej przyczynie. I nas samych umieszczonych w samym centrum. Na taki lub inny sposób.

poniedziałek, 28 marca 2016

Na każdej stacji jest żółty telefon alarmowy, a w każdym wagonie jest przycisk alarmowy. Dla wspólnego bezpieczeństwa zawiadom o nietypowej sytuacji w metrze”.

To zawiadomienie słyszę nim wsiądę do metra i nim wyjdę z podziemi. A jeszcze wcześniej podobne komunikaty słyszałem na dworcu Warszawa Śródmieście, kiedy wysiadałem z pociągu i kiedy kilka godzin później wsiadałem ponownie aby wrócić. A do ogłaszanego anonsu dołączono po trzech policjantów na każdej ze stacji metra i paru na kolejowych dworcach.

W taki sposób zawiadamia się mnie o zamachach w Brukseli. Przypomina, abym nie zapomniał, abym miał świadomość zagrożenia. Belgijski atak zadziałał jak kręgi na wodzie i w całej Europie mamy teraz stan alarmowy. Posłusznie obracamy się wokół i patrzymy czy nic się nie dzieje. Gdybym miał śniadą karnację w tych dniach wolałbym wziąć wolne, aby schować się w odosobnionym pokoju. Bo na podobne osoby patrzy się teraz uważniej. I przede wszystkim – nieufnej, jak gdyby każdy był winny, albo przynajmniej niósł zagrożenie. Mój znajomy ksenofob, który złorzeczy na wszelkich uchodźców z pozycji wygodnego fotela w ogrzewanym domu, musi odczuwać satysfakcje. Jakby spełniły się jego proroctwa.

A przecież w Warszawie nie znamy terroryzmu. Ostatni jaki poznaliśmy to akt zamordowania przez prawicowego antysemitę pierwszego polskiego prezydenta. I to tylko dlatego, że zamachowiec miał inne wyobrażenia niż przedstawiała się rzeczywistość. Potem wszystko nas omijało. A miało co omijać, bo wbrew odczuwanym napięciom wcześniej terroryzm był szerszy.

Oczywiście dzisiaj przeżywamy kolejne napady religijnych fundamentalistów, których nienawiść do Innych jest silniejsza niż wiara w wyobrażonego boga. A jednak śmierć, którą niosą, tragizm, który szerzą wbrew pozorom są mniejsze niż moglibyśmy przypuszczać. Pod tym względem krzywa wszystkich wskaźników narysowanych na tabelach - opada. Systematycznie i konsekwentnie, i  w ostatnich dekadach terroryzm traci swą moc. Dziś już nie pamiętamy o IRA, o ETA, o różnych mniej lub bardziej kuriozalnych ideach, które przyświecały zdeterminowanym szaleńcom. Mali separatyści europejskich regionów, którzy w imię izolacjonizmu nieśli niewinną śmierć. Jak bojownicy Prowansji podkładający bomby pod biurami podróży; albo jak zagubieni katolicy, którzy umieszczali ładunki pod klinikami aborcyjnymi ryzykując czyjeś życie w imię jego „ochrony”.

Lecz wtedy dworce kolejowe milczały, metro nie było zarzucane alarmistycznymi obwieszczeniami o zagrożeniu. Irlandczyk czy Hiszpan nie wzbudzał takiego zainteresowania jak wzbudzają dzisiaj Arabowie, coraz częściej postrzegani tak, jak przed wojną patrzono na Żydów. I słusznie że milczały, bo mimo wielkiej wrzawy i nieznośnego hałasu możliwość mojej śmierci z rąk terrorystycznej organizacji jest dużo mniejsza niż w wyniku uderzenia meteorytem z kosmosu albo trafienia (tym razem szczęśliwego) w totka.

I to jedno już pokazuje jak bardzo pozwoliliśmy wprowadzić się w stan podwyższonego ciśnienia. Znikomość bycia ofiarą zamachu, realny spadek terrorystycznego zagrożenia znaczą dla nas mniej niż galopujące emocje, którym dajemy się unosić jak jeźdźcy bez głowy. Dawniej cały państwowy aparat pracował by minimalizować panikę, teraz słyszę w metrze i na dworcu komunikaty, które wzmagają niepokój i pobudzają psychozę.

Atmosfera gęstnieje i rosną w siłę negatywne emocje. Czujemy się mniej pewnie, bezpieczny świat przegrywa z wyimaginowanymi zagrożeniami. Kwitnie niechęć, nasz radykalizm wzrasta i wytwarza się ekosystem sprzyjający kiełkowaniu się poglądów jak u mojego rasistowskiego kolegi. Bo takie drogi prowadzą do łatwych podziałów i prostego przypisywania win. A potem temperatura tylko się podnosi.

Oto moment gdy prawicowo-religijni fundamentaliści zaczynają być w swoim działaniu skuteczni. Ich terror nie polega przecież na tym aby w naszym Zachodnim świecie było mniej osób o 129, o 35, o jeszcze inne liczby podobne do tych wymienionych w Paryżu czy w Brukseli. Ich wojna jest kulturowa, i za każdym razem gdy ulegamy nadmiernej panice, gdy ustępujemy we wrzawie, gdy się radykalizujemy i moc destrukcji bierze w nas górę nad światem pozytywnych zasad i właściwych wartości, wtedy cofamy się do okopów z których nie wyjdziemy już tacy sami. Taki jest stan naszego realnego zagrożenia. Walka naszego świata ze światem barbarzyńców, jedno z pól naszej walki o szeroko rozumianą Europę.



piątek, 19 lutego 2016

Lech WałęsaNo i znowu. Okazało się właśnie, ponownie ogłaszając przez to samo środowisko, że Lech Wałęsa był plugawym agentem. Tajnym współpracownikiem, donosicielem i płatnym konspiratorem, który dławił się judaszowymi srebrnikami.

I tak oto ponownie zaczęliśmy ten sam taniec nienawistnych oskarżeń, który dzisiaj ma swój kolejny początek i który w najbliższym czasie będzie kontynuowany, a w jego ramach czeka nas jeszcze wiele „sensacyjnych” dokumentów, które „niezbicie” i „ponad wszelką wątpliwość” wykażą prawdziwą „prawdę” o historycznym przywódcy Solidarności. Tej pierwszej Solidarności, która zakończyła żywot wielkiego sowieckiego bloku w dwubiegunowym świecie, i to bez jednego wystrzału, bez rozbitej szyby, mądrze posługując się rozumem. Dlatego sam ruch zyskał miano fenomenu, a Polacy w oczach świata zyskali prestiż na który, jak widać to dzisiaj, chyba nie zasłużyli.

A na czym miałaby polegać prawdziwość tej postulowanej „prawdy”? No właśnie nie do końca wiadomo. Chyba nikt zdrowy nie wątpi w znaczenie Wałęsy przy obalaniu komunizmu, więc to czy coś podpisał w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, albo nawet coś powiedział, niewiele znaczy. Nic prawie. Jak widać nie wpłynęło to negatywnie na jego rolę w latach osiemdziesiątych, stąd wszelkie podnoszone sensacje osobliwie jałowieją, więdnąc nim zdołają zakwitnąć.

Można jeszcze zapytać co też ta „prawda” miałaby zmienić? I znów trudno nie patrzeć w pustkę. Środowiska, które z taką zapalczywością będą teraz drążyć owe rzekome zaangażowanie Wałęsy nie zmienią przecież o nim zdania. Gdyby oto okazało się, że rzeczywiście donosił, byłoby to dla nich tylko potwierdzeniem tego „co już wiedzą” (w tym sensie każdy dokument ma dla nich charakter wtórny); gdyby jednak dokumenty okazały się nic nie znaczące, albo były prostymi fałszywkami z lat osiemdziesiątych, gdy SB je produkowało, by Wałęsa nie dostał nagrody Nobla (fałszywki spowodowały tylko przesunięcie otrzymania nagrody o rok), wówczas ów środowisko wzruszyłoby ramionami mówiąc, że „prawdziwe” dokumenty są cały czas ukrywane w gabinecie samego Wałęsy.

W tym sensie nic się właściwie nie stało. Można mówić jeszcze o znaczeniu moralnym, ale gdy kwestię podnosi środowisko znoszące właśnie w Polsce demokracje rękoma odznaczonego prokuratora stanu wojennego czy do godności ministerialnych podnosi sędziów i działaczy peerelowskich formalnie zwalczających opozycję przed ’89 rokiem, to trudno poważnie się do tego odnosić i nie wybuchnąć śmiechem. Znaczenie tych „sensacji” może mieć tylko wymiar polityczny, bo ów środowisko nie jest tak bogate w znaczących działaczy walki o wolność kraju w czasach komunizmu, a wciąż z nim walcząc na swoich sztandarach, musi deprecjonować tych, którym należy się chwała.

Ale choć napisałem przed chwilą, że nic się właściwie nie stało, to jednak nie do końca tak jest. W znaczeniu historycznym – owszem, nic się nie zmieni. Gorzej z teraźniejszością. Oto rozpoczął się wielki i najpewniej niekrótki spektakl, w którym będziemy to drążyć. Temat został nadany, dziś w Polsce wszyscy się tym zajmują, nic innego właściwie nie istnieje. Telewizja znosi ramówkę (prezes TVP jest politycznym nominatem) i podnosi rangę sprawy, a wszelkiej maści „moraliści” mają swoje pięć minut, i dzisiaj, jeszcze przed jakimkolwiek zbadaniem dokumentów, swobodnie wydają wyroki siedząc w wygodnym fotelu.

Ale nie chodzi mi nawet o te łatwe oceny osób, których życiowe wybory nigdy nie miały podobnych okoliczności, a którzy nierzadko wchodzą w konformizm dla lepszego statusu materialnego wiedzionego życia. W pewnym sensie to nic dziwnego, że ich frustracja potrzebuje potem pewnego rozładowania. Gorzej, że ta frustracja z językiem niechęci, resentymentu, prostych wykluczeń i hejtowego jadu staje się właśnie dominującym w naszym kraju dyskursem politycznym. I coraz chętniej wszystko próbuje objąć, nadając ton, tworząc pewne poczucie wartości i właściwych zachowań. Mnożąc podziały, zniżając dyskusję do prostych wskazań i wyborów, gdzie racje mają mniej pytać o argumenty stojące za tezami i racjonalne podstawy, tylko mają opierać się na emocjach, na ślepym zaufaniu i bezrefleksyjnej wierze.

Aż strach pytać o naszą przyszłość. Oto kim się staniemy, jacy będziemy, co z nas powstanie. Ta inżynieria obliczona na proste podziały, z minimum zniuansowania i wrażliwości, będzie oczywiście na nas ciążyć. Staniemy się przez to gorsi, mniej wnikliwi, słabszej jakości, gdzie – w analogii - pudełka z wystaw sklepowych będą zastępowały nam realne przedmioty dyskusji. Rozwiązania będą przychodziły nam bez zadawania pytań, a głębsza myśl zmurszeje. To nie są żarty, znam już i takie osoby.

Rezultaty działania tego dyskursu już widać. Nie tylko w naszym stosunku do uchodźców nim zdążyliśmy zobaczyć choćby jednego (bo przecież wybuchła niechęć nie była spowodowana przez samych migrantów tylko stanowiła efekt naszych zmian). I publiczne rozprawy jak właśnie rozpoczęty teatr będą podnosić fale zanieczyszczonego przypływu. Jest naszą rzeczą, aby rozpocząć walkę nim zaleje nas morze.

I jeszcze jedno: gdy w Unii Europejskiej rozpoczyna się doniosły i znaczący szczyt, którego rozwiązania będą miały realny wpływ również na nas, w tę albo w tamtą stronę, my zamiast tego w pryncypialnym tonie i nadając kluczową rangę zajmujemy się sprawami sprzed czterdziestu pięciu lat. Oto jak kształtuje się świat naszych perspektyw.



poniedziałek, 16 listopada 2015

La Tour EiffelWbrew temu co możemy myśleć ten atak jeszcze się terrorystom nie udał. I to od nas zależy czy on się powiedzie czy nie. Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, to ostatecznie śmierć ponad 129 osób w kilkudziesięciu milionowym narodzie jest wciąż tylko symboliczna. Ta rozlana na posadzce i trotuarze krew wraz z którą wyciekało życie, to nie jest cel zamachów. Bynajmniej, celem jesteśmy my, my jako Francuzi i Polacy, podobnie jak my Anglicy i Hiszpanie, Szwedzi, Włosi i Niemcy. My jako Europejczycy, my jako nasze wartości, które pozwoliły stworzyć najlepszy w dziejach planety kontynent w którym rozumiemy i kultywujemy odpowiedni status człowieka z jego godnością i szacunkiem, z jego szeregiem niezbywalnych praw jako istoty ludzkiej. W tym do wolności wiary i własnych wyborów.

I ten zamach religijnych fundamentalistów jest właśnie zamachem na to co pełni rolę rudymentu naszej kultury. I w którym ta podstawa nas określa. Nic jej tak bardzo nie zagraża jak nasz strach przed nimi i jak nasz wzrastający radykalizm, poprzez który usztywniamy stanowiska, aż ginie  charakteryzująca Europejczyków racjonalność poglądów, która nie idzie na sznurku łatwych emocji; tym bardziej szalonych. To nie jest oczywiście łatwe, ale zwłaszcza w najbliższych dniach gdy media w żałobliwym tonie będą coraz szerzej przedstawiały historię bestialsko zamordowanych, powinniśmy dokonać tego wysiłku i nie dać się umieścić w koleinach o które chodzi terrorystom.

Temu musimy się przeciwstawić i to musimy temperować, także wśród swoich znajomych, przyjaciół lub zwyczajnie obcych. I to tym bardziej, gdy widzimy jak fala hejtu znów obiega internet. Zauważmy jak szybko i jak swobodnie z pojęcia „uchodźca” stworzono synonim „terrorysta” i przez to jak bez oporów, przy sprzyjających wiatrach, rozrasta się ksenofobia i wzmaga izolacjonizm. Szczególnie widzimy to w tej katolickiej-na-swój-sposób Polsce, gdzie ludzie nigdy nie widzieli Araba, ale bezduszny rasizm rozrasta się w zastraszającym tempie. I sam wiem, jak trudno potem tłumaczyć, że właśnie ISIS produkuje uchodźców, że uciekają oni przed tym samym terrorem, który teraz zawitał na ulice Paryża czy Bejrutu. W deszczu skrajności ślad dwóch paszportów przepoczwarzono w szlak winy przybyszów, choć jak wiadomo terroryści znali Paryż, znali język, a sama Francja przyjęła niewielu uchodźców...

Ale właśnie dlatego, że te oczywistości są trudno akceptowalne musimy powtarzać je głośno, bo mamy wiele do stracenia. Radykalne postawy poszerzają izolacjonizm, w ich ramach fundamentalizm rozrasta się strzygąc nasze oczekiwania, pretensje, pragnienia i nadzieje na swój własny użytek. Na początku wykluczenia dotyczą tylko uchodźców, migrantów czy po prostu obcych. Ale to są początki, gdzie myślenie nabiera pewnych schematów i za chwile te mechanizmy odnoszą się już do wszystkich tych, którzy się z nimi nie zgadzają. Wzrasta napięcie a spirala się nakręca. I oto nagle życie, które toczymy, kultura, która nas buduje, świat, który nas otacza degradują się przybierając całkiem wyabstrahowany kierunek.

Takie rzeczy się dzieją i bywają dramatycznie realne. Kraj wielkich myślicieli i niezwykłej sztuki rozpoczął najkrwawszą w historii wojnę i stworzył obozy zagłady planując je jak wydajne fabryki. A zaczynało się od innych, obcych, od prostego potępienia i skrajnych reakcji.

W interesie ISIS jest to, aby Europa się podzieliła, aby się zradykalizowała i rzeczywiście zaczęła traktować mieszkających w niej ludzi o bardziej śniadej karnacji jako obcych, zbędnych i zagrażających porządkowi. Jeśli na to pójdziemy, to piątkowe zamachy przybiorą drastyczniejszy ton i ich huk rozejdzie się dużo głośniej niż są tego warte. Jeśli się temu sprzeciwimy, jak postąpili Paryżanie wychodząc dzień po zamachu do tych samych kawiarni w których siedzą zazwyczaj, atak terrorystyczny się nie uda. Bo nie zapominajmy, że choć fundamentalizm ma wiele różnych masek, twarzy i głosów, to ostatecznie zawsze chodzi mu o to samo: o podporządkowanie naszej własnej wolności. A na jej krachu ludzkość zawsze traciła, nie wyłączając Europy.

niedziela, 25 października 2015

Ze zdumieniem czytam o fotografii rzezimieszka z XIX wiecznej Ameryki, która wystawiona na aukcji może kosztować nawet 5 milionów dolarów. W tej chwili warta jest milion i jest drugim zdjęciem niejakiego Billy'ego Kida, który zabił – jak czytam – nawet 21 osób, pojmany uciekł z więzienia lecz wytropiony zmarł od postrzału w wieku 21 lat.

Poprzedni z jego portretów kosztował 2,3 miliona dolarów, to znaczy znalazła się osoba, która była gotowa wydać tyle pieniędzy by mieć w swoim domu oryginalną fotografie. Więcej: cenę wywindowała aukcja, czyli znaleźli się też inni ludzie licytujący powyżej miliona za zdjęcie mordercy. Możemy więc domniemywać, że nie był to kaprys szalonego bogacza tylko efekt jakichś procesów. I jeśli teraz szacuje się przychód na 5 milionów dolarów to możemy mówić o długotrwałości procesu. Albo jego zakorzenieniu.

Oczywiście, przy takiej cenie, nie chodzi o samą ilustrację. Tę widzę przecież w internecie, powiększoną, gdzie możemy dokładniej zobaczyć wspomnianą postać, dodatkowo ubogaconą o właściwsze dla oka kolory czy lepszy kontrast, który pozwoli staranniej się przyjrzeć. Ważna jest oryginalność, czy dokładniej: samo pojęcie oryginalności fotografii, i to ono – zaraz po informacji kogo przedstawia – jest najważniejsze. Ten fetysz unosi całą konstrukcję zakupu i posiadania przedmiotu, pozwala budować jego wyjątkowość i znaczenie, skutecznie przesłaniając ubogość transakcji, której się dokonuje.

Zresztą, trywialność tego targu czuje się tym bardziej, gdy oBilli Kidkreślamy estetykę. Bo przecież fotografia nie ma walorów artystycznych i nigdy takich aspiracji nie miała. Fotograf chciał jedynie uchwycić pełną grupę, a zdjęcie miało służyć zarobkowi. Ostatecznie nie było tam wtedy nikogo ważnego, choć jak się okazuje, teraz już jest. Zakupuje się więc zdjęcie ze względu na postać mordercy, rzadkość jego ujęć i szeroką legendę. Czyli to, co dziś charakteryzuje światek celebrycki, często eksponując postać dla samego eksponowania. I wbrew pozorom nie ma nawet większego znaczenia czy bohater jest aktorem, synem prezydenta czy pospolitym mordercą, ważne że jest sławny.

I to już wystarcza by ktoś wydał ogromny majątek aby mieć zdjęcie na własność. Zastanawia mnie zresztą co z taką fotografią można potem robić. Na pewno zostanie oprawiona, może powieszona na ścianie pod którą nowy właściciel będzie podprowadzał gości, opowiadając o trudach życia z którymi on akurat poradził sobie znakomicie.

I chyba niewiele ponadto. Nie wiem, może Państwa wyobraźnia jest głębsza niż moja. Być może posłuży to w jakiś pośredni sposób do podniesienia prestiżu nabywcy, ale i tak nie będzie w tym nic, co ten sam prestiż mogłoby zbudować dużo taniej niż za kilka milionów. Inna z opcji podpowiada, że fotografia zostanie schowana w sejfie, bo jest zbyt cenna, aby po prostu wisieć na eksponowanym miejscu. Tylko że wtedy po co ona właściwie?

Można jeszcze mówić o kolekcjonerstwie i specyfice zamiłowań nowego posiadacza przedmiotu. Ale i to nie przesłoni kwestii o którą w gruncie rzeczy mi chodzi. Bo chyba nikt z nas nie ma wątpliwości, że to zdjęcie nie jest warte tyle za ile zostanie nabyte. Może nawet realnie warte jest te dwa dolary, które wystawiający zapłacił na pchlim targu nie wiedząc jeszcze kogo ono przedstawia.

A jednak znajdują się ludzie, którzy mają dość pieniędzy by dla własnej przyjemności wydawać fortuny na podobne zachcianki. Nie chcę podobnymi zdaniami ograniczać im świata, ale wyraźnie mają zbyt dużo, by czuć ograniczenia. Nikt nie wyrzucałby takiej kwoty gdyby jego majątek nie był kilkukrotnie większy. Nikt nie licytowałby tak wysoko, gdyby nie miał zbyt wiele jak na własne potrzeby. I nie ma wątpliwości, że zakup zdjęcia za taką sumę to marnotrawstwo, ale istotne jest, że nas to nie zdumiewa, że w osobnym tekście muszę przypomnieć – także sobie samemu – iż podobna rozrzutność jest zwykłym roztrwanianiem, że jest naganna, że w taki sposób traci się zasób - przede wszystkim - czyjejś pracy, która - skoro zostaje tak wiele na zbytki - mogła być lepiej opłacona.

Tylko że na to nie starcza nam wyobraźni i podobne zdania trudniej jest nam przyjąć niż przyjmujemy bezmyślne szastanie pieniędzmi na marne fotografie zwykłych rzezimieszków. Nasza wrażliwość się przesunęła, a punkt ciężkości wylądował gdzie indziej. Oto w jakim miejscu jesteśmy. Gdyby chociaż rzeczywiście wszyscy mieli dużo, albo przynajmniej wystarczająco, i tylko pozostali posiadaliby ogromnie wiele, podobne kaprysy byłyby jakoś zrozumiałe, a nawet uzasadnione i etyka nie byłaby potrzebna w ocenie.

Ale przecież tak nie jest. Ciągle słyszymy o nierównościach rosnących jak wieżowce w miastach, aż pojawia się nowa burżuazja, która ma zbyt dużo by wykosztować się przez resztę swojego życia, gdy kilka miliardów innych przez całe życie nie wyda tych 5 milionów na jedzenie. Tak to wygląda, policzcie sobie Państwo sami ile dolarów zapłacicie na żywność przez pełną długość swojej egzystencji.

Lecz zamiast się buntować, my podziwiamy. Nie potępiamy, tylko przyzwalamy. Jakbyśmy zatracili społeczny dryg i wyrzekli się instynktu wspólnoty. Bo trzeba też pamiętać, że jednak podobne fortuny najczęściej rosną na czyimś wyzysku. I nic już dla nas nie znaczy, że potem ten wyzysk materializuje się w postaci posiadania wiszącej na ścianie ubogiej fotografii, albo zdjęcia zamkniętego w klaserze, lub w ciemnym, głębokim sejfie. Jakby faktycznie wszystko w naszym świecie miało taką wartość.

I tylko pytanie na koniec: czy rzeczywiście tego właśnie chcemy?

wtorek, 15 września 2015

To ciało trzylatka, które przed tygodniem mogliśmy oglądać na wszystkich portalach i w każdym telewizorze zostało wplątane w polityczną i społeczną grę. Wiemy to wszyscy. Zdjęcie, które obiegło cały świat jest właściwie modelowym przykładem i gdyby nie okoliczności, gdyby nie drżący dramat i wielkość tragedii, można by wręcz twierdzić, że cały spektakl został przygotowany przez PRową agencję, która prostymi metodami chciała określić decyzję i grając naszym współczuciem zmusić nas do zmiany podejścia.

Ale my się nie daliśmy. Ta rozlana na brzegu śmierć nie jest dla nas większym argumentem. Oczywiście jest nam smutno, wyrażamy żal i łączymy się w bólu z ojcem, lecz nie znaczy to jeszcze, że mamy zmieniać front i ulegać moralnemu szantażowi…

I tak dalej, i tym podobne.

Przez ten z górą tydzień, kiedy chłodne morze wyrzuciło małego człowieka i gdy agencje na całym świecie powielały fotografię, słyszałem wiele argumentów i czytałem różne artykuły i teksty. Mógłbym je łatwo przywołać, ale bez trudu znajdziecie je Państwo sami. Niektóre z nich mówią wprost, inne powtarzają jak mantrę, że nie są przeciw, bynajmniej, tylko stawiają po przecinku owo „ale” rozpoczynając chocholi taniec i w miarę rozwijania się zdania wzmagając niepokojącą niechęć.

Z tej frustracji można by stworzyć cały album. Słabości gdy insynuuje się, że nasza kultura jest zbyt słaba, by móc się obronić po przyjęciu garstki migrantów, albo że nasze państwo łatwo może zdestabilizować grupa przyjaznych, bo do niczego nie jesteśmy zdatni. Albo „polski katolik” mówi mi, że przyjęcie migrantów to czyn antychrześcijański, zaś od proboszcza tuż przed wzywaniem do miłości bliźniego słyszę tyradę przeciwko islamistom wygłaszaną w kontekście uchodźców.

Mnóstwo zagrożeń jak na 38 milionowy naród gdy z drugiej strony dwa?, dwanaście?, a niechby i trzydziesto tysięczna grupa nieszczęśliwych i zagubionych pielgrzymów, uciekinierów z wojny i z biedy, którzy porzucali cały świat wokół, by po długim marszu oddać się nieprzyjaznemu morzu, o którym wiedzieli, że nierzadko zamienia się w Styks. Taki ruch świadczy o desperacji przed jaką nie stanęli syci Polacy, chętnie wygłaszający tyrady w obronie czystego ogródka.

Oczywiście te wszystkie głosy więcej mówiły o sobie niż faktycznie odnosiły się do emigrantów i bez wątpienia w ciągu ostatnich dwóch tygodni wiele się o sobie dowiedzieliśmy. Zobaczyliśmy jak mało w nas empatii i jak wiele energii musimy inwestować, by zachować poczucie, że jesteśmy lepsi. Bo to złudzenie musieliśmy podtrzymywać wszelkimi środkami i aż raziło jak wiele wysiłku wkładamy w masowe unikanie dyskursu etycznego. Postanowiliśmy go omijać, desperacko szukając argumentów, które zapełniłyby przestrzeń i płynnie pozwoliły zmienić jeden dyskurs na inny. Stąd właśnie przywoływanie tych wszystkich „samych mężczyzn”, bojowników ISIS, darmozjadów, stąd powtarzanie o braku pieniędzy, o zagrożeniu kultury, o zagrożeniu chrześcijaństwa...

Możemy pytać o powody dlaczego tacy jesteśmy: 50 lat komunizmu, który jakoś nas ukształtował, homo sovieticus, który nie do końca z nas wyszedł, agresywny neoliberalizm, który spowodował atomizację społeczną… Ale te przyczyny za każdym razem rozbijają się o brak woli czy lepiej - o wysiłek który musimy włożyć by człowieka zmienić w zagrożenie - bez uczuć i emocji, bez nadziei i właściwej godności.

Oto kim się staliśmy. Wypłowiali i wypatroszeni, którym w kunsztownym apartamencie przeszkadza ruch za oknami. To wszystko nie są problemy z emigrantami tylko z samymi sobą. Bawię się sugerując, że cała historia z wyrzuconym na brzeg trzylatkiem powinna być inscenizowana, ale też dlatego właśnie, że nic innego już do nas nie dociera. Podobnymi zdjęciami trzeba z nami grać epatując tragedię, bo do najtrudniejszej roli urasta pomoc bliźniemu. Pomoc najprostsza z możliwych: z wyciągnięciem dłoni i jasnym uśmiechem na przywitanie.

Lecz na to już nas nie stać. Nas, właścicieli najnowszych telefonów, szybkich komputerów, bezpiecznych samochodów. To jest już ponad nasz wysiłek, gdy zmęczeni dniem pracy wpatrujemy się w szklisty ekran wielkiego telewizora zawieszonego na ścianie.

A przecież ten dramat nie jest jak z filmu, gdzie łagodny ketchup udaje rozlaną krew. Prawdziwe są depresje, prawdziwe są rany, prawdziwa jest śmierć. Ten chłopiec nim po raz ostatni zachłysnął się wodą musiał drżeć nie tylko z zimna ale też z przerażenia. Jak wielu przed nim i jak jeszcze wielu po nim. Czytam właśnie rozmowę z włoskim lekarzem ze słynnej Lampedusy, który codziennie przyjmuje uchodźców, głodnych i wyziębionych, zawsze odwodnionych i często pokaleczonych. Ludzi, którzy musieli wiele znieść by tu dotrzeć, także tortury i gwałty. Europa niechętnie ich przyjmuje, zazdrosna o własne zasoby. Ale część z nich się przedostaje, wyliczamy ilości roczne i próbujemy ciężar jakoś rozłożyć na członków. Inni usiłują stanąć na wysokości zadania, gdy Polska odwraca pogardliwie głowę.

A potem dziwimy się, że patrzy się na nas z góry, że jesteśmy nazywani zaściankiem i bardziej kurtuazyjnie – prowincją. Otóż zasługujemy na podobne epitety i cała nasza postawa z ostatnich dni dowodzi tego jak nic innego. Trudno o trywialniejszy przykład gdy nasz izolacjonizm nas zjada.

I tylko proszę: nie powtarzajmy przypadkiem, że Polska to katolicki naród, bo ten oksymoron obraża prawdziwych chrześcijan i deprecjonuje ich wartość.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Kiedy na przystanku, obok którego przechodziłem spiesząc się do pracy, zatrzymał się autobus, niespodziewanie wsiadłem do niego i odjechałem w przeciwnym kierunku. Sam nie wiem dlaczego. Przez jakiś czas stałem jeszcze w pobliżu kasownika, niemy i zagubiony, lecz gdy autobus zatrzymał się na kolejnym przystanku, na którym mogłem przecież wysiąść dokładnie w ten sam sposób jak do niego wsiadałem, zrobiłem krok i spocząłem na siedzeniu, przywierając twarzą do szyby, jak to robią dzieci.

Przede mną stolica jakiej nie powinienem teraz widzieć. W pełnym słońcu wakacji, ze spieszącymi się ludźmi, najczęściej ubranymi formalnie, z ciężką powagą, w takie upały dodatkowo męczącą swoją manierą. Autobus brał zakręty, mijając kolejne ulice i coraz pewniej zbliżał się na peryferie. Nie wiedziałem dobrze dokąd jadę, ale bardzo chciałem, aby wyjechał z miasta, aby zajechał możliwie najdalej, do jakiejś głuszy, w  której nie byłoby zasięgu i w której mógłbym się schować. Chociaż tylko na chwile.

Nie wiem czy spotkała Państwa podobna przygoda, czy w niespodziewanym impulsie przeżyliście Państwo podobne doświadczenie, ale ja wszystko przyjmowałem z poczuciem pewnego ukojenia, które daje oczekiwanie na ulgę. Uśmiechnąłem się do siebie, rozluźniłem krawat, zdjąłem marynarkę i wyłączyłem telefon. To ostatnie przyszło mi najtrudniej, z wahaniem, subtelnym kluczeniem, i choć z zewnątrz wyglądało to na ruch zdecydowany, to jednak chwila niepewności była wystarczająco długa, by przez otwarte drzwi mogła się wkraść dręcząca wątpliwość: i co teraz?

Bo jednak coś za sobą zostawiałem. Łatwo jest sobie przedstawiać perspektywy zamykając oczy, ale przy tym wszystkim jesteśmy nauczeni odpowiedzialności za rzeczywistość, która tak łatwo nie wyparowuje, pomimo rosnącej temperatury afrykańskiej suszy we Wschodniej Europie. Przyglądałem się Warszawie przez szybę autobusu z każdą chwilą oddalając się od swojej pracy, od w miarę ustabilizowanego życia, od rodziny, od psa, od tego co dotąd robiłem. Niby nic wielkiego: siedzę po prostu w miejscu. Ale ten prosty spoczynek jest ważnym wydarzeniem, istotnym aktem za którym mieści się dramatyczna decyzja.

Nie chciało mi się już więcej brać w tym wszystkim udziału. W codziennej monotonii pracy, domu, zaplanowanego week-endu i przygotowanych dni wolnych - na aktywy wypoczynek lub smętne siedzenie w środku. Wszystko jedno. Znacie Państwo tę bezczelną frazę: nie tak miało być, jakbym niósł na sobie ciężar, na który dotąd się godziłem, ale który naprawdę mi ciążył. Albo przynajmniej uwierał. I teraz nagle znalazłem się w autobusie, który zmierzał w przeciwnym kierunku. Więc co teraz?

Lecz autobus nie wyjechał w głuszę. Znalazł się na peryferiach, naprawdę oddalonych od miejsca na którym wsiadłem, ale ciągle w obrębach miasta. Dojechał do zajezdni, chwile postał i ruszył z powrotem. Na tą samą trasę, na te same ulice z tymi samymi zakrętami w tym samym kierunku. Łatwo jest sobie przedstawiać perspektywy zamykając oczy, ale jednak wpojono nam odpowiedzialność za rzeczywistość, której nie potrafimy porzucić. W końcu siedząc nawet teraz - kimś byłem, lepszym lub gorszym, pokracznym i niewłaściwym, ale zbudowanym z jakichś zdarzeń, relacji, kontekstów. Coś stanowiło o mojej konstytucji i nie byłem w stanie zabrać tego ze sobą odjeżdżając. Wiedziałem o tym, jak zawsze wiemy. A to zawsze trudne. Być może zresztą na podobne ucieczki decydujemy się tylko wówczas kiedy nie mamy wyjścia i naprawdę musimy. Nie wiem. Przez całe swoje życie tworzymy sieć wspólnych zależności i nie jest sprawą prostą zerwać je nagle pewnego dnia jednym machnięciem ręki. 

Zwykłe, życiowe zawikłania, które znamy wszyscy od podszewki, że nie chce się o tym - mnie pisać, a Państwu czytać. W taki lub inny sposób mierzymy się z tym codziennie, przegrywając, to znaczy: wygrywając stałą stronę nie heroiczną walką, ale biernością, przyzwyczajeniem, całym tym bezwładnym inercyjnym ruchem, poza który uciekamy tylko w skrytych marzeniach. I to coraz rzadszych.

I choć naprawdę nie lubiłem swojej pracy, byłem zmęczony swoim domem i wypalony życiem, to jednak kiedy autobus dojechał na ten sam przystanek, na którym wcześniej wsiadłem, wyszedłem z niego ruszając tą samą drogą z której wcześniej zrezygnowałem.

Proszę, nie pytajcie mnie Państwo dlaczego.

niedziela, 12 lipca 2015

Niedawno na fejsbukowym profilu mojego znajomego znalazłem zaskakujący tekst, w którym autor zaczynał cytatem, że właściwie rewolucję hippisowską sprokurowali sowieci, a kończył własną insynuacją, że również za ekscesami islamskich radykałów stoją rosyjskie służby. Zaś asumptem do tego typu objawień była legalizacja homoseksualnych małżeństw w USA...

Cóż, ciężko to nawet komentować i brać na siebie próbę polemiki. Zresztą, nie warto wchodzić w spór z podobnymi poglądami, bo opierają się na wierze której nie da się sfalsyfikować. Ale zastanowiło mnie, skąd ludzie, których umysł działa przecież poprawnie, wchodzą w świat paranoików nabierając przekonania do podobnych absurdów. Z badań nad teoriami spiskowymi można by pewnie stworzyć pokaźną bibliotekę i nie chciałbym powielać mądrzejszych ode mnie, ale moją uwagę zwracają dwie interesujące rzeczy do których chciałbym nawiązać.

Otóż gdy przyjrzymy się podobnym dywagacjom uważnie, aż razi jak bardzo żerują one na dorobku oświecenia. Może inaczej, by pohamować wzniosłość i nie nadawać nadmiernej jakości: te hipotezy zawsze muszą opierać się na pewnym racjonalizmie, każdorazowo musi być w nich element przyczynowo-skutkowy, niezbędna racjonalna intencja, racjonalny przewód całej akcji, wreszcie przewidywalne następstwa. Przypadek ma tu charakter pośledni i nawet jeśli istnieje, to tylko w niewielkich ramach. Społeczeństwa w zasadzie nie ma, istnieje jedynie ruch mas, rozpracowany i sterowalny o dużej podatności na wpływy. Wszystko jest tu planowe, jak i wszystko odbywa się na górze, co bywa często znakiem podskórnych kompleksów własnej niewystarczalności. Wielcy grają w szachy, gdy maluczcy pozostają pionkami.

W jakimś sensie to cel oświeceniowego przewrotu, gdzie wszystko miało być na miarę zrozumienia i wszechobecnego logosu. Ale ten oświeceniowy porządek jest oczywiście na opak, karykaturalny i wypatroszony, jak przymusowy diagram dowodu, którego nie da się przeprowadzić. Jednak ta względna potrzeba uzasadnienia jest ważna, by zachować własne poczucie wartości. I sensu.

Sens jest tu zresztą kluczowy i na nim opiera się cały fundament tej nieforemnej architektury. Bo trzeba powiedzieć, że te niespodziewane perspektywy patrzenia same z siebie również coś charakteryzują. W tej wizji bowiem, wszystko musi być racjonalne, a to też znaczy: uporządkowane, przewidywalne, określone. Świat teorii spiskowych nie jest może nadmiernie przenikliwy i za karkołomnymi tezami stoją równie akrobatyczne argumenty, niemniej – dla osób niepewnych i zagubionych, stają się one punktem odniesienia, właśnie uporządkowania, gdzie właściwie posortowany świat znaczeń daje się uchwycić i przybliżyć. A to ważne, bo te wywody rodzą się z desperackiej próby zrozumienia i określenia otaczającej zewsząd rzeczywistości. Są syrenim śpiewem za porządkiem i tożsamością; rozpaczliwą potrzebą odnalezienia się w schemacie, w którym nawet zagrożenia pozostają zrozumiałe i mieszczą się w rozpoznawalnych okolicznościach. To zaś służy przewidywalności, sprzyjającej poczuciu względnego bezpieczeństwa.

Tymczasem świat się temu wszystkiemu wymyka. Pozostaje poza prostymi schematami, gubi porządek, wszelką przewidywalność. Każdorazowo musimy nakładać na niego metalową siatkę znaczeń, jak światełko w tunelu, lecz każdorazowo prześwituje przez nie chłodny i bezdźwięczny chaos. Nigdy nie będziemy mogli go zrozumieć, określić,  okiełznać. W jakimś sensie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę, ale za każdym razem podejmujemy ten daremny wysiłek stanięcia w poprzek. I każdy robi to na swój sposób, na swoją własną miarę, na swoje umiejętności. Jedni tworzą złożone teorie pełne krętych labiryntów i nierzadkich manowców, inni pozostają w prostych wykresach teorii spiskowych, łatając rzeczywistość jak tylko potrafią. W pewnym sensie nie ma w tym nic złego, ostatecznie rzeczywistość zawsze jest naszą rzeczywistością, osobną i odrębną, z którą musimy się borykać w bezustannym poróżnieniu.

I w tym świecie pozbawionym logocentryzmu i prostej przewidywalności wszyscy pozostajemy sami, zagubieni i niepewni. Potrzebujemy gwarancji, których nigdy nie uzyskamy. Wydaje się, że w dawnych czasach pomimo wszystko łatwiej akceptowano taki porządek, gdy teraz wyraźnie się z nim zmagamy. Współczesność nieustępliwie zapewnia nas o mechanizmach zabezpieczenia, o pewności, o poczuciu bezpieczeństwa, a jednak nie możemy pozbyć się tego co stoi za naszymi plecami. I ten rozdźwięk jest z tego typu głuchych wrzasków, które przejmują nas najbardziej. Dlatego nie dziwmy się tym, którzy z potrzeby względnego spokoju tworzą podobne konstrukcje. Pozostają bezradni wobec życia i ich wysiłek jest jedną z dróg, które mają wyprostować kosmos. Wszyscy robimy tak samo i wchodzimy w podobne koleiny. Różni nas tylko napięcie jakości, ale o wiele mniejsze niż mogłoby się wydawać. Ostatecznie, cały świat jest przez nas jakoś nazwany, funkcjonuje w treści naszych pojęć, poza które w zasadzie nie wychodzimy. Stworzyliśmy kulturę z przyczyn praktycznych, aby jakoś sobie ze światem poradzić i wszystkie słowa, wszystkie związki przyczynowo-skutkowe koniec końców wznoszą się na podobnych zasadach. Szlakiem kultury mamy wspiąć się na tę górę i potem z tej góry zejść. Na różne sposoby ten wysiłek przekracza nasze możliwości i siły; nigdy nie będziemy tu do końca zadomowieni i nigdy nie odnajdziemy podobnego bezpieczeństwa, na którym tak bardzo nam zależy. Ale podejmowanie tego wyzwania samo w sobie jest już ważną wartością i być może nasza satysfakcja z życia związana jest z zamierzonym wysiłkiem, właściwą wolą mocy jako miarą spełnienia, kryterium zadowolenia. A jeśli idziemy na łatwiznę tym bardziej odkrywamy gorycz, którą z tym większą determinacją próbujemy cerować mętnymi perspektywami i fatalistycznymi obrazami. Aż koło się zamyka jak wieko kamiennej studni.

niedziela, 07 czerwca 2015

Za każdym razem kiedy do windy wsiada inna osoba, wiem że naciśnie guzik przyspieszający zamykanie drzwi. Może być jeszcze dobrze przed ósmą, a jednak zawsze znajdzie się ktoś, kto wciśnie przycisk by ponaglić proces i szybciej znaleźć się w pracy, której się nie znosi.

Zresztą, te drzwi reagują dość sprawnie i zyskuje się sekundę, najwyżej dwie. Lecz oprócz mnie nie spotkałem nikogo w tym niewielkim biurowcu, kto nie przyciskałby guzika. Aż sam przed sobą urastam do roli wybawiającego świat i moment nieprzyciśnięcia przycisku ubieram w gest ostentacyjnej rewolty.

Głupie to, prawda? A jednak nic w tym zabawnego. Bo ten nieznaczny gest konotuje pewne znaczenie i coś się za nim kryje. Zwłaszcza że robimy to mechanicznie, bez zastanowienia, w bezwiednym impulsie, który wszedł nam w nawyk.

Na pewno przyspieszamy, to jasne. Może za niczym już nie nadążamy. Czas płynie szybko, od zawsze tak było, ale teraz płynie inaczej. Obudowaliśmy go, nadaliśmy mu znaczenie, sens i przede wszystkim funkcje. Chcemy, aby był określony, aby na coś się nadawał, słowem – aby nie był stracony. Bo teraz już nie możemy sobie na to pozwolić. Cały czas musimy coś robić, urzeczowiliśmy nawet chwile odpoczynku nadając jej funkcjonalność w rytmie tego co później ma być dla nas przydatne. Mówimy sobie: „zbieram siły” otwierając drogę do następnego biegu.

W ten sposób się od tego czasu uzależniliśmy. Złożyliśmy mu hołd i jesteśmy na jego usługach. W XIX wieku Karen Blixen w Pożegnaniu z Afryką opisała różnicę między traktowaniem czasu przez Afrykańczyków i Europejczyków. Kiedy wróciła z miasteczka po kilku godzinach, miejscowi czekali na nią spokojnie aż zdąży ich przyjąć. A dziś rano pisze mi smsa koleżanka, że znany dziennikarz zaczął w sklepie awanturę, bo staruszka weszła do kolejki przed niego i musiałby dłużej czekać!

Łatwo jest dziennikarza potępić, ale z nami nie jest przecież inaczej. Zdarzało mi się przepuścić kogoś w kolejce do lekarza, na chwile, z której zrobiło się dziesięć minut. Cóż to jest?! A ile złości mnie to kosztowało i ile złorzeczeń słyszałem od innych na daną osobę.

Takich przestrzeni jest więcej, otwieramy je na każdym kroku. I nie jest trudno odgadnąć przyczynę: zreifikowaliśmy czas jak wszystko wokół. Jego płynność podzieliliśmy na jednostki i wprzęgliśmy w strategie współczesnego rynku. To zresztą obraz naszej kultury, bo materializujemy wszystko i całą ekonomię wpisaliśmy w tryby społecznego pożycia. Więc ciągle się od nas czegoś oczekuje, musimy być przygotowani, sprężeni, gotowi na każde wezwanie. I ciągle się od nas wymaga nowego, nieustannie niepokojąc brakiem odpowiednich kompetencji w najróżniejszych zakresach. Powinniśmy być bowiem doskonali lub przynajmniej dążyć do tego różnorakimi ścieżkami.

I zgodnie z oczekiwaniami gonimy za tym wszystkim, choć coraz mniej wiemy po co. To znaczy ogólnie wiemy: mieć więcej pieniędzy to zbudować prestiż społeczny, mieć poczucie sprawczości i materialny byt - w szerszym domu, wygodniejszym i szybszym samochodzie czy bardziej funkcjonalnym smartfonie. To zapewnić też byt rodzinie, imponować sobie samemu i patrzeć na siebie zazdrosnym spojrzeniem najbliższego sąsiada i facebookowych znajomych.

Tylko że to nie wystarczy. Nie może. Za tymi wszystkimi wzgórzami kryje się jałowe pole, które marnie obrodzi. W gruncie rzeczy ciągle stoimy w miejscu i tak lub inaczej jakoś to odczuwamy. Dlatego zgodnie z instrukcjami coraz szybciej przyciskamy w windzie guzik, aby wjechać na górę i każdorazowo robimy to zbyt wolno, choć innym (nielicznym) się udaje.

Ale to nie nasza wina, wiadomo. A w każdym razie niepełna. Już od dawna wskazuje się na słabości systemu, zarówno pod kątem ekonomicznym (zwłaszcza po 2008 roku) jak również socjologicznym (znacznie wcześniej). Wiemy już, że chętnie zbieramy artefakty, które jednak nie dają nam spodziewanej satysfakcji, bo ekwiwalent zawsze pozostanie jedynie ekwiwalentem.

W tym sensie nasz świat, który zarówno budujemy jak i na łasce którego jesteśmy, degraduje nasze aspiracje, nasze twórcze siły, nasz witalizm. Przyjmujemy inne sposoby życia, godzimy się na maraton bez wytchnienia utrzymany w szybkim tempie i z rozmazanymi celami. Codziennie naciskamy przycisk w windzie kiedy jedziemy do pracy i kiedy z niej wychodzimy, potem spieszymy się na tramwaj lub pociąg, albo klniemy utkwiwszy w korku, bo czekając - czas jest dla nas stracony. Tylko dlaczego stracony? Co zyskalibyśmy gdybyśmy dotarli kwadrans później lub zgubili godzinę na ławce w parku?

A przecież podobnego „stracenia czasu” brakuje nam jak powietrza. W tej bezustannej pogoni przekładamy chwile dla siebie na inny termin, choć świetnie czujemy jak bardzo nam ich potrzeba. Lecz nie potrafimy nic zorganizować, zmienić rytmu i poświecić się sobie. Mówimy tylko, że odbijemy to wszystko na urlopie, lecz kiedy nadchodzą wakacje, oczekiwanie na tyle wzrasta, że nic nie jest w stanie mu sprostać. I w tym się z wolna gubimy, zatracamy, deprawujemy. A być może wolna chwila, rozpasane lenistwo i błogie nudy to coś, co nas lepiej konstytuuje niż codziennie wykonywana praca w której spędzamy długie godziny. I bez wyrzutów sumienia, że kiedy skończę ten tekst i rzucę się na kanapę aby obejrzeć hollywoodzką produkcję, w tym czasie mogłem zrobić coś dużo pożyteczniejszego. Bynajmniej, nie mogłem. Przede mną monumentalna cegła do końca której zostało mi z czterysta stron, ale trudno, o kulturowych teoriach literatury poczytam przy innej okazji :)



niedziela, 12 kwietnia 2015

Dziwna historia. Gdy w środę wszedłem na peron stacji Warszawa Zachodnia, z którego codziennie wracam po pracy do domu, podszedł do mnie postawny mężczyzna w podobnym wieku i szeroko się uśmiechając powiedział „cześć” i dużo mniej wyraźnie jakby ”Marku”. Ale nim zdążyłem odpowiedzieć, spostrzegł moją zdziwiona minę, delikatnie zgasił uśmiech i opuszczając głowę przeprosił, tłumacząc, że wziął mnie za kogoś innego. Każdy z nas zrobił krok w odwrotnym kierunku i tak staliśmy w oddaleniu, czekając pociągu. A mnie się wydawało, że skądś tą twarz jednak - znam…

Głupia sprawa, bo jednak kto wie. Przez całe swoje życie spotykamy mnóstwo osób, z niektórymi jesteśmy bliżej, z większością dalej, ale nawet tych, których nie sposób było zapomnieć, w końcu jakoś zapominamy. Rozchodzimy się, czas mija, twarze jak i całe życie się zmieniają. A potem spotykamy kolegę z którym przyjaźniliśmy się w podstawówce i trudno jest nam sformatować rysy twarzy, gdy dobrze nie pamiętamy już imienia. Teraz dorosły mężczyzna, a wtedy? Ileż my wtedy mieliśmy lat?

Może znałem go rzeczywiście ze szkoły podstawowej, a może powinienem go pamiętać z czasów liceum, gdy pierwsze alkohole, papierosy, trawka i mnóstwo nowych znajomości w tym szeroko otwierającym się świecie. Wszystko jest możliwe. Tylko że zarazem – wszystko, ale co konkretnie?

Bo nawet gdybyśmy się teraz rozpoznali, uścisnęli sobie dłonie i serdecznie przywitali, to co dalej? Zapytam się jak leci, choć w gruncie rzeczy, średnio mnie to ciekawi? Albo on spyta mnie o to samo z werwą porównywalną do mojej? A potem w pociągu będziemy opowiadać swoje życie, jak historię która mogłaby się przydarzyć. Ożenił się, ma dwoje dzieci i psa, pracuje w dobrej firmie i czeka kolejnego awansu, albo nic mu nie wyszło i nie mając jeszcze czterdziestki jest mocno sfrustrowany życiem. Albo jedno i drugie naraz, jak nałożone na jedną klisze dwa zdjęcia, bo czemu nie?

W gruncie rzeczy, co ja mam mu do powiedzenia i w imieniu kogo mam to powiedzieć? Swoim? Tylko że przywitalibyśmy się powołując na dawne czasy, na postaci, którymi wtedy byliśmy a którymi dzisiaj już nie jesteśmy. Bo co ja mam wspólnego z tamtym Markiem, który świata nie widział poza piłką a książki zwalczał programowo? Niewiele, nic prawie... A Państwo? Nie macie podobnego wrażenia inności tak wielkiej w stosunku do siebie samych, gdy byliśmy dziećmi, że trzeba tu mówić o innej osobie, która ma wspólne wspomnienia, ale niewiele ponadto?

Już nawet nie pamiętam dobrze, gdzie mógłbym znaleźć album ze zdjęciami gdy stoję w krótkich spodenkach, gdy kopię piłkę, gdy w nieśmiałym uśmiechu pozuję z przyjaciółmi do wspólnej fotografii. Fajnie byłoby się nad tym rozrzewnić, dla mnie sentymenty zawsze mają budującą wartość. Ale prawda jest taka, że sam ledwo to wszystko pamiętam. Wspomnienia się zacierają a źródło wysycha. Jak daleko jesteśmy od siebie samych z czasów gdy chodziliśmy do szkoły, gdy oglądaliśmy zapomniane bajki czy gdy przeżywaliśmy przygody, które dzisiaj wywołują w nas tylko uśmiechy? Państwo wiecie gdzie macie swoje albumy? Pamiętacie Państwo kiedy je przeglądaliście?

A jeśli tak daleko nam do nas samych to co mamy powiedzieć o innych? Gdyby wspomniany mężczyzna wolniej zareagował na moje zdziwienie, usłyszałby dość żywe „część”, jakbyśmy się rzeczywiście rozpoznali po latach, a później moje pytanie skąd się właściwie znamy? Pełne uśmiechów i niezbędnej konfekcji. I gdyby to skojarzenie twarzy nie było związane z codziennym widokiem na tej samej stacji i najbanalniejszą pomyłką, tylko realną znajomością - przez całą podróż prowadzilibyśmy skonwencjonalizowaną rozmowę w której wcześniej bądź później zapadłoby niezręczne milczenie i którą tak czy inaczej trzeba byłoby podtrzymywać naprędce tworzonymi atlantami. Jak uśmiechy, jak żarty, jak mimika twarzy potwierdzająca zainteresowanie, choć z czasem wymagająca coraz więcej wysiłku.

I nic tego nie zmieni. Nasza odległa przeszłość nie jest przecież naszą przyszłością. I jeśli tylko gubimy się z oczu, jeśli co jakiś czas nie wysyłamy do siebie sygnałów i lepiej lub gorzej nie podtrzymujemy kontaktu, wszystko ostatecznie zamiera, wysycha i murszeje jak drewno. Zapominamy się i w gruncie rzeczy nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia. A żeby odświeżyć znajomość musielibyśmy na nowo się zapoznać. Od samego początku. Tylko że nie ma pewności czy ponownie się uda. Bo szanse nie są nadmierne i może nas zaskoczyć, jak bardzo nie chce nam się wymienić telefonów z kimś z kim kiedyś byliśmy w doskonałych relacjach. Ponieważ tego zagubionego dzieciaka nie da się już odnaleźć i dlatego właśnie może tych kilka kroków postawionych z nie-znajomym w przeciwnych kierunkach, nie jest tak złym rozwiązaniem, jak mogłoby się wydawać po pierwszych fragmentach, gdy początkowy akapit mgliście zwodził wielością perspektyw.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Flag Counter