Blog > Komentarze do wpisu

Imitowana demokracja

Czy nie zastanawiało Państwa, dlaczego z około 300 parlamentarzystów PiS wyłączył się w zasadzie tylko jeden? Ustrój Polski zmieniono w 9 dni, większość z tych parlamentarzystów musiała przecież wiedzieć co się dzieje, a jednak tylko jedna osoba okazała się na tyle autonomiczna, by zdobyć się na twarde „nie”. To wbrew prawom statystyki, zwłaszcza przy charakterze i randze zmian, które starano się wprowadzić. Tym bardziej, że frazesy członków PiS, powtarzane w podobnym tonie przez ostatnie tygodnie, że sądy działają fatalnie, lecz bez argumentów w jaki sposób wprowadzane ustawy je ulepszą (z wyjątkiem przeprowadzonej czystki), przywołują poczucie, że również wewnątrz partii nie silono się na szerzej zakrojone wyjaśnienia. Wszyscy wiedzieli o co chodzi i partia głośno mówiąca o złym komunizmie, bez wewnętrznych oporów postanowiła znieść w Polsce demokrację. W jasnym świetle dnia i przy włączonych kamerach, z butną arogancją i niespodziewaną prostotą przeprowadzenia zamachu stanu.

Winna jest temu ideologia? Zapewne również. Ostatecznie, zmiany które zaproponowano miały silne ideologiczne podłoże i w jakiś sposób współgrają z frazeologią, której na prawicy się używa. Stąd też te wszystkie „ubeckie wdowy” i inne epitety, których prominentni działacze nadużywali w komicznych próbach dyskredytowania współ-obywateli licznie protestujących przeciwko upartyjnianiu sądów. Do tego dochodzi antagonistyczny charakter PiS, gdzie wszystko jest totalną wojną, podczas której albo wygrywa się w pełni, albo w pełni przegrywa. A napięcie narosłych emocji ma wpływ na perspektywę, zmieniając obraz otaczającego świata.

A jednak wydaje się to ciągle za mało. Pomimo wszystko na blisko trzystu parlamentarzystów odsetek niezgadzających się na 1) zmianę ustrojową, albo 2) zmianę ustrojową tak szybko przeprowadzaną i tak źle przygotowaną, musiał przecież doprowadzić do sprzeciwu szerszego niż tylko jednej osoby. Albo dwóch, jeśli doliczyć intencjonalnie niegłosującego. Śmiesznie mało jak na powagę sprawy i znaczenie pełnionego urzędu. Inaczej: nienaturalnie mało.

Ale chyba też nieprzypadkowo. I pomimo zadanego na wstępie pytania, pewnie nikogo z nas to nie zaskoczyło. Zresztą, gdyby szersza grupa parlamentarzystów wystąpiła, szok byłby na tyle duży, że dziennikarki i dziennikarze zajmujący się rodzimą polityką, łatwo zapomnieliby o zmianie ustrojowej tylko skupiliby się na „rozłamie”. Bo sensacja byłaby zapewne większa niż autorytarne zapędy PiS i jego akolitów, z pożytecznymi idiotami w tle.

A to jest naprawdę szczególne. I w niemałej mierze mówi w jakim jesteśmy miejscu. I to nie tylko ci źli, przeciwko którym wychodziliśmy ciepłymi, lipcowymi wieczorami protestować, ale też my sami, skandujący pod ciemnym niebem o pełnej demokracji, gdzie w wykrzykiwanych hasłach równość korelowaliśmy z wolnością.

Bo może tego poczucia wolności właśnie w tym wszystkim zabrakło.

Od lat obserwujemy jak polityka zmienia swój charakter określając nowe tryby działania: z wyraźną hierarchią i w wodzowskim stylu, gdzie kształtowało się znaczenie nie tylko samej władzy, lecz również instytucjonalizowała się forma komunikacji, czyli miejsca spotkania demokracji z jej bazą. Śledziliśmy to we wszystkich studiach telewizyjnych, radiowych czy internetowych: politycy i polityczki już dawno nie spierają się ze sobą, tylko swoje zdanie komunikują, zamiast dialogu uprawiając medialną monologiamię i powtarzając to wszystko co wcześniej otrzymali mailem bądź smsem - odpowiednio przeszkoleni, przygotowani pod kątem retoryki, dykcji, mimiki, ułożenia profilu, tułowia, swobody rąk i całej tej mowy ciała, która wedle sztukmistrzów od przekazu, waży więcej niż jakiekolwiek merytoryczne słowo.

Przy czym wystąpienia medialne dotyczą tylko koncesjonowanej garstki, która otrzymała formalne przyzwolenie i która nie zawodzi. Resztę spacyfikowano do kiwania głowami oraz klaskania w odpowiednim momencie, i we wszystkich ważkich sprawach, podporządkowano ich - tak w głosowaniu jak i w wystąpieniach - „dyscyplinie partyjnej”. I ta zasada na tyle wrosła w naszą polityczną rzeczywistość, że nie tylko się jej wstydliwie nie skrywa, ale wręcz stała się swoistym standardem, normą skonwencjonalizowaną do prawidłowego funkcjonowania.

A przecież w ten sposób dekretuje się zniesienie klasycznego trójpodziału, gdzie władzę ustawodawczą organizuje się do roli asystentki władzy wykonawczej. Bo ci zredukowani do „maszynki do głosowania” posłowie i senatorki, tracą swój status w zamian otrzymując takie lub inne profity, i którzy, z właściwym sobie kręgosłupem, przekładają to na cały szablon politycznego działania: od funkcji w parlamencie aż po lokalne spotkania z wyborcami. W tym sensie nie ma już polityków bezpiecznie wychodzących na mównicę aby uzasadnić swój sprzeciw, powiedzieć własne zdanie, wygłosić niezgodę, tylko zależni podwładni, których (nadany z mocy urzędu) głos niezależności, można łatwo przypłacić dalszym miejscem na listach wyborczych i w konsekwencji nową organizacją życia po samych wyborach.

To oczywiście efekt tego, że w polityce mniej ważą idee jako takie, więc do istotnych spraw przekonuje się ubezwłasnowolniającym dekretem zamiast sporem, polemiką czy nawet treściwym konfliktem. Ta narzucona przemoc w założeniu ma spajać i cementować, lecz zarazem petryfikuje w złym tego słowa znaczeniu. Bo konserwowana i utrwalana zachowawczość wytwarza właściwy sobie ekosystem sprzyjający rozwijaniu się gnuśności, marazmu, dojrzewaniu pasywności i wszystkich tych cech za którymi kryją się pojęcia apatii, bezwładu i otępienia. Również zakwita nowomowa, papierek lakmusowy sytuujący odległość od społeczeństwa tych, którzy chcą mówić w jego imieniu.

Tylko, że przez te wszystkie postawy i faktyczne zniesienie władzy ustawodawczej, zamiast modelowej demokracji otrzymaliśmy jej symulakr, bliźniaczy pozór, podszywający się pod swoją własną zasadę referencji, a przez to skażony w tonie, formie, jakości i zatruty w funkcjonalności. Dlatego przez cały tekst wskazuję miejsca, które stały się dla nas oczywistością, które zaakceptowaliśmy i które - ulegając procesowi konsekracji - stały się naturalne, a poprzez naturalność niezmienne, ale które w porządku demokracji i parlamentaryzmu pozostają przecież bezdyskusyjną aberracją, złamaniem określonych reguł, zmianą zasad, norm, i wyjściem poza tę przestrzeń w imieniu której tak licznie wychodziliśmy wakacyjnymi wieczorami. Bo znosząc wagę i autonomiczność parlamentu, nasza demokracja już od dawna stawała się swoim własnym fantomem, gdzie klasyczny trójpodział przybierał postać coraz bardziej pozorowaną, aż zniesienie niezależności sądów i pogwałcenie ich istoty, stało się już tylko kwestią czasu, aby ten rozpoczęty proces dokończyć.

I taka przyszłość nas czeka, niezłomna i nieprzejednana, której my, podczas hymnu palący unoszone do góry świece, także jesteśmy winni. Współodpowiedzialni, ponoszący konsekwencje tych zaniechań, którym w taki lub inny sposób asystowaliśmy. Na miarę naszego życia, gdzie z kranu wygodnego mieszkania, płynie wciąż jeszcze ciepła woda. Oto następstwo chorej struktury, w której możliwość samodzielnego wyleczenia łudziliśmy się może do ostatniej chwili. I teraz niewiele już przed nami zostało.

czwartek, 03 sierpnia 2017, marek_mroz
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Flag Counter