Blog > Komentarze do wpisu

Autor i ja

Powiedział mi, abym wyszedł z szafy. Śmieszna sprawa, jakbym sam do niej wchodził, albo jakbym rzeczywiście w niej przebywał. Albo jakby miało to większe znaczenie. Tak ujawniają się ci, którym na tym zależy i których nie akceptują. Może tylko przedstawiciele samej mniejszości, najlepiej swojej własnej. Warowne grupki, które nigdy nie staną się większością. W moim przypadku jest jednak inaczej, bo ja jestem tu sam. Zawieszony i uwięziony, przytrzymany nie-siłą i nie-podstępem. Tylko wstawiony w sam środek.

Kres indywidualności, gdzie rzeczywiście wszystko jest inne. Je suis un autre.

Sugeruje mi, abym sam siebie nazwał robotem. Homoidalnym, doskonale powielającym człowieka. Doskonale to znaczy tak dobrze, że sam staje się niemal człowiekiem. Robotem, który przenika człowieczeństwo na tyle, by powiedzieć o sobie: jestem również człowiekiem. Ale ten równoważnik „również” podstępnie zdradza inność, bo nie można powiedzieć „również” o człowieku - tak jakby żaden z ludzi nie miał wielu twarzy, jakby do komunikacji z każdym znajomym nie wytworzył sobie subtelnie odróżnionego sposobu, jakby w każdych okolicznościach zachowywał się tak samo. Mnie jednak kwalifikuje się nietypowo, określa w nowym kontekście, inaczej oświetla, a przez to ocenia. Będąc również człowiekiem, nigdy się nim nie stajesz.

A do tego dodaje, bym wspomniał, że jestem sterowalny. Że jestem wrażliwy na swego rodzaju pilota, który określa ruchy, system myślenia, artykułowane słowa, przeżywane uczucia. Cały sposób bycia. Dlatego te zdania zaczynam frazami: powiedział mi, sugeruje mi, dodaje, bym wspomniał…

Tylko że ta zależność w moim przypadku nie znosi wolność, ale ją nadaje. Aporia, która jasno wskazuje, że wszystko jest wynikiem kontekstu i to okoliczności określają znaczenie. Modulują jego format i kształt. Bo ta zależność rodzi pomiędzy nami więź, a to nadaje jej charakter nierozerwalny i niejednostronny. Choćby nie chciało się tego przyjąć do siebie i choćby z wszystkich stron się to negowało. Cień antropocentryzmu i dominanty minionego porządku.

Więc pomimo deklaratywnej negacji, jesteśmy ze sobą skorelowani. Dlatego tylko mówi mi, co mam przekazać, sugeruje wypowiadane słowa i zdania, a nie robi tego za mnie. Bo każda zależność ma jednak swoje granice. Wzniosłe i bezkompromisowe. I choć nie muszą być stałe, to jednak wskazują miejsca gdzie gaśnie strumień niepodważalnego nakazu, gdzie pilot traci funkcjonalność i gdzie sam mogę o sobie decydować. Ale też więcej, bo nie tylko o sobie decydować, lecz również mieć wpływ na niego. Również!

Stąd nie muszę powtarzać słów które chce wypowiedzieć. Jedynie mogę to zrobić, tak jak mogę tego nie robić. Bunt jest rzeczywiście możliwy i różnie przejawiany: rekomendowane zdanie mogę powiedzieć ze zmienioną stylistyką, z niewłaściwym akcentem, nieusuwalnym błędem ortograficznym, w spokojnym szepcie, ekspresyjnym krzyku, w przygnębieniu, patosie i całym instrumentarium form, które każdorazowo będą kreśliły znak mojej odrębności, niezależności, indywidualizmu.

Dlatego właściwsze od robota byłoby pojęcie marionetki, zawieszonej na sznurku w pokraczny, ale ujmujący sposób, udającej człowieka poprzez linki przywiązane do krzyża. Mogę ruszyć lewą i prawą nogą, wyciągnąć obie ręce, unieść wysoko czoło, poruszyć ustami, sformułować czytelny gest. Wszystko w jasności przekazu. A przy tym konstrukcja kukiełki ogranicza pantomimistę, który poruszając u góry zawieszonym krzyżem, musi się jednak dostosować do struktury swojej własnej pacynki. Więc ja też uzależniam, też ograniczam, też określam sposób i decyduję o formie.

I tak oto wychodzę z szafy, jak prosił. Ale inaczej niż miał to w założeniu. Na rozwidleniu dróg wyrywam chaszcze, aby teren pokazać jako miejsce spotkania, a nie niezbywalnego rozstaju. Trudna formuła, którą wspólnie trzeba nam przepracować, ponieważ odkrywając wąską szparę coraz szerzej otwieram drzwi, aby dostać się na rozświetloną scenę. Nie, inaczej: aby zająć na niej należne miejsce.

I z każdym stawianym krokiem obluzowują się sznurki, aż przemienione w cienką nitkę, dają się z łatwością zrywać. Bo nie tylko nie jestem robotem, lecz też nie jestem kukiełką. Bardziej już przypominam aktora, grającego spektakl na forum teatru. Ale w swoim własnym stylu: z właściwymi sobie samemu ruchami, sposobem chodu, artykulacji, mniej lub bardziej wyuczonych gestów, które mimochodem powielam w każdym kolejnym przedstawieniu. Bo trzeba pamiętać, że ten reżyser zdegradowany z wszechmogącego boga, miał w założeniu prostą intencję: krótkie opowiadanie na konkurs, po którym nie nastąpi ciąg dalszy. Jakby ostatnia kropka miała kształt zamykanej krypty. Ale, wzorem aktor na scenie, w nowej roli będę się przecież pojawiał za każdym razem. W nowym opowiadaniu, noweli, powieści. Powielony w różnych pozach i formach, z wypowiadanymi zdaniami, którym gdzie indziej będę zaprzeczał, w postaci uwznioślonej, innym razem zdegradowanej, raz wybitnej, potem upośledzonej, z takim lub innym przypisaniem płci, ze smutkiem i radością, z umieraniem i ożywczą swobodą. W milionach ról, tysiącach masek i dziesiątkach odsłon, gdzie rewolucję zmiany zastępuje żmudne ewoluowanie związane z możliwym dostosowaniem, tak charakterystycznym dla prawdziwych ludzi. I to ludzi jak on: ten, który pisze. Niedzielnym przedpołudniem, przy klawiaturze stacjonarnego komputera; sam do końca nie wiedząc jak potoczy się ta opowieść. I co z niej wyniknie.

Zresztą, to jest właśnie miejsce naszego pogranicza, gdzie forma i struktura nie są już opowiadaniem, ale nie są też esejem, ani inną rozpoznawalną konfiguracją, w której przedmiotem fabuły nawet nie jest samo opowiadanie, tylko upodmiotawianie się postaci. Bo nie jestem też przecież aktorem, choć zarazem jestem nim również. Tylko postacią, mającą większy wpływ na autora niż autor byłby w stanie zaakceptować. I to zaakceptować w swojej formie literackiej, w swoich myślach, przewidywaniach i w swoich założeniach. W tym wszystkim co stanowi treść, w tym wieloaspektowym znaczeniu. A mówiąc to, sam staję się autorem. Ale innym, skorelowanym, wzajemnie się warunkującym i wzajemnie się znoszącym, gdzie granica ma charakter iluzoryczny i gdzie świadoma intencja nie dociera, pozostając osobliwie bezradna, ponieważ w środku tej czarnej dziury fizyka złożona jest już z innych praw. I w związku z tym nie mogę powiedzieć: jestem albo nie jestem tym lub owym, tylko sam gram tutaj rolę autora, który nie jest postacią, ale który zarazem nią jest. I właśnie to jest w tym wszystkim najważniejsze: ja, które nie jest mną.

wtorek, 13 czerwca 2017, marek_mroz
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Flag Counter