Blog > Komentarze do wpisu

Gdy Kościół opiera się o ziemię

Usłyszałem na mszy księdza wychwalającego Boga jako Króla wszechświata. I to mnie zastanowiło.

Dotąd zawsze mówiło się o świecie, który stworzył Bóg. I to było wystarczające, bo świat znaczył dosłownie wszystko. Zresztą, może ludzkość nie wymyśliła bardziej pojemnego pojęcia, które pomimo szerokiego zakresu i mnogości homonimicznych znaczeń było dla wszystkich zrozumiałe.

A teraz nagle słyszę, podczas celebrowania mszy, że świat już nie wystarcza. I że trzeba zastąpić go wszechświatem, aby podkreślić wielkość nieskończonego Boga. Bo to możliwie najszersze pojecie utraciło swój prymat i jego znaczenie uległo dewaluacji. Oczywiście wciąż obejmuje całość, ale jednak już nie tak pełną jak dawniej, gdy używał go Platon, święty Augustyn czy Pascal. Oprócz materialnego, rozumiało się w nim pierwiastek duchowy. I nawet jeżeli chrześcijaństwo nominalnie wprowadzało rozróżnienie świata wiecznego i doczesnego, to jednak mówiąc „świat” postrzegaliśmy otaczającą materię wypełnioną czymś więcej. Tym czymś immanentnie włączonym w tryby pojęcia. Jego znaczenia i kształtu.

I oto na to zajęte miejsce wkracza wszechświat. Długi i niezbadany, pełen najgłębszych różnorodności i nigdy nieodkrytych tajemnic. Spowity barionową i ciemną materią, rozszerzany niezrozumiałą energią. Niemniej jednak, przy całym swoim niezmierzonym ogromie – skończony. Bo pojęcie wszechświata pozostaje pojęciem fizycznym, określonym przez kosmologię i ukonstytuowanym na materii. Ta przestrzeń zatrzymana gdzieś za niedostępnym nam horyzontem, ma jednak swoje granice, co zmienia jej charakter i co bezwzględnie zubaża ją w cieniu nieskończonego Boga.

I właśnie do tego wszechświata odwołuje się podczas mszy kapłan. Albo w ogóle Kościół katolicki w Polsce, który na różnych płaszczyznach asymiluje naukowy język, wchodząc w tunele jego dyskursu, a to też znaczy - wartości. Bo jest go coraz więcej: słowa, które przywołałem wypowiadane podczas mszy, pomniki które tytularnie odwołują się do Boga wszechświata, ale też w innym zakresie opowiadanie wiernym o cudach, których pewności nie zaświadcza już sama wiara w metafizycznego Boga, tylko naukowa metodologia.

To wszystko są obszary, które, jak ruchy tektoniczne, znaczą wchodzenie jednych płyt na inne, wygrywając wielkie kontynenty. Tylko bez trzęsień ziemi i oczywistych rozłamów. Bo ta krwawa rewolucja odbywa się niepostrzeżenie, w cichości dominującego języka, którego agresja ma mniej spektakularny charakter, choć nie brak jej brutalności.

Oto więc miejsce sekularyzacji, gdy język wiary ulega językowi przyczynowo-skutkowemu w którym transcendencji nadaje się status tabu i zsyła na margines. A to właśnie poprzez język rozumiemy i komunikujemy niemal całą przestrzeń naszego życia. Cały świat właśnie, w tej najszerszej z możliwych definicji. I ten język określający nasze perspektywy, wartościujący nasze wybory czy sytuujący nasze miejsce w przestrzeni stanowi o naszej kulturze. Tej kulturze, którą oddychamy, myślimy, którą się posilamy.

Dlatego pewnie status wszystkich religii na tym obszarze nie jest godny pozazdroszczenia. I być może w tym kontekście dramat apokalipsy nie polega na ogłuszającym wybuchu kumulującym możliwe nieszczęścia, tylko na prostym wyciszeniu, gdzie w stopniowym odrywaniu się części od całości, nadchodzi zapomnienie. Pełne i ostateczne, w którym już nikogo nie interesują ślady stóp Boga odchodzącego z pochyloną głową.

W pewnym sensie trudno jednak winić za to powielającego nieczystość kapłana. Ostatecznie każdy oddycha tą kulturą w której mieszka i porusza się w tej przestrzeni znaczeń, która go otacza. Niemniej, trudno nie mieć poczucia, że teren oddawany jest zbyt łatwo. Kościół  z całą swoją siecią świątyń, dominującą pozycją na obszarze wiary, a nawet politycznego i wciąż jeszcze społecznego uprzywilejowania, mógłby przynajmniej zaproponować opowieść o Bogu, która miałaby odpowiedni charakter i była komunikatywna. W końcu po to Bóg go stworzył i taką nadał mu funkcję. Ale zamiast tego mamy w Polsce biskupów prymarnie uwikłanych w świat otaczającej doczesności, gdzie aby podkreślić znaczący charakter wiary, kreuje się Jezusa na króla politycznego państwa i mnoży monumentalne pomniki, mające poświadczyć szerokość wyznania.

Lecz podobne maskarady i sztuczki nie zniosą kryzysu i można kwalifikować zbliżone przedsięwzięcia jako niemy krzyk bezradności w nierównej walce ze współczesnym światem. I nie widać, aby polski Kościół umiał coś na to poradzić. Potrzeba może odpowiedniego języka w którym przestrzeń wypełni się na nowo Bogiem otwartym na człowieka, ale poprzez Radio Maryja, poprzez kiboli na Jasnej Górze i walkę o status uchodźców widać wyraźnie, że obrana droga jest inna. Więc nic nie wskazuje na zmianę.

niedziela, 08 stycznia 2017, marek_mroz
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2017/08/04 14:10:41
Od dłuższego czasu mam wrażenie, że im bardziej ludzie zaczęli odchodzić od kościoła na rzecz ateizmu, czy bycia wierzącym w "Boga a nie w kościół", tym bardziej kościół stara się pokazać wszystkim, swoją wielkość. Pokazywanie Boga jako króla wszechświata, moim zdaniem ma trochę na celu pokazanie kościoła jako tego, który ma za zadanie nad tym wszystkim panować. Kościół już nie ma tylko na celu strzec swoich owieczek, ale wręcz bezpieczeństwa, kraju czy świata. I o ile cieszę się gdy głowy kościoła nawołują i modlą się o pokój, o tyle słuchanie na kazaniu, o tym jak dobrych obecnie mamy polityków i jakim to przystanek Woodstock nie jest zbiorowiskiem szatana (?) co najmniej mnie irytuje. Czuję się ostatnio przytłoczona kościołem. Sama byłam wychowana w katolickiej rodzinie, ale to wciskanie się kościoła w każdy zakamarek mojego życia trochę mnie przeraża. Kościół próbuje się pokazać. Z okazji Nowego Roku lista nowych grzechów - w moim postrzeganiu moralnym duża część była hmm nie chcę użyć tego słowa, ale śmieszna. Lubię wracać na wioskę i słuchać kazań o miłości do bliźniego...
-
2017/08/04 15:22:24
Pełna zgoda: czym mniej znaczy Kościół, tym bardziej stara się swoje znaczenie podkreślić. Swoją drogą - bardzo ludzka cecha :) Zgadzam się z Tobą także w poczuciu przytłoczenia Kościoła, albo lepiej - jego bycia nie na miejscu. Świat się zmienia i chyba też nasze oczekiwania wobec Kościoła są inne niż widzą to sędziwi biskupi (przy czym nie o wiek mi tu chodzi jako taki, ale pewną perspektywę patrzenia na świat, taką właśnie przeszłą). Myślę, że to się z czasem zmieni, bo coraz mniej ludzi będzie się pojawiać na mszach i po przekroczeniu pewnej granicy zaczną się także szerokie ruchy "odnowy" (cokolwiek to znaczy) w samym polskim Kościele. Ale wtedy na pewne rzeczy będzie już jednak za późno.
-
Gość: zonkilpisze, *.eaw.com.pl
2017/08/04 15:50:07
Kościół, chyba szczególnie właśnie w Polsce, stał się trochę taki właśnie "dla babć".
Płynie on sobie tym swoim powolnym życiem, nie czując jak przez ostatnie piętnaście lat (mam wrażenie, że kiedy byłam mała, rodzice mieli czas na zabawę ze mną i wyjazdy do cioci i wujków, a teraz moja siostra, o luksusie odwiedzenia kogoś więcej niż naszych rodziców marzy) świat przyspieszył tak znacznie, że ten powolny kościół, stał się dla nas ciut obcy... Poza tym chyba brak nam "obecnych świętych". My jeszcze trochę identyfikujemy się z św Janem Pawłem II, ale jakim przykładem jest dla dzisiejszych dzieci św Franciszek, który kochał wszystkie zwierzęta, rozmawiał z nimi i żył zgodnie z rytmem natury, skoro one nigdy nawet nie spały na dworze? Zastępują one wtedy świętych superbohaterami podstawianymi przez Marvela itp. Starsi ludzie winią je za to, ale w sumie to ja je rozumiem.
-
2017/08/05 13:15:07
Zgoda, ale ja bym chyba określał to w innych kategoriach, nie przyspieszył, tylko zmienił. Ostatecznie na tym polega świat, ze systematycznie się zmienia. Ciekawe objawienie widzieliśmy zwłaszcza podczas lipcowych protestów, które zaczynały się jeszcze (nie licząc pierwszej dużej demonstracji Razem) KODem z przemawiającymi Balcerowiczami, Schetynami i Frasyniukami, zaś kończyły pod Pałacem Prezydenckim już innym pokoleniem, z inna muzyką, inną formułą tworzenia wiecu i w ogóle zupełnie inną formą komunikatu. I obie grupy mimo wszystko nie przystawały do siebie, choć walczyły o to samo. A nie przystawały, bo inaczej mówiły i inaczej wyrażały emocje i świat jako taki. Uzupełniały się, ale były obok. Podobnie jest z Kościołem - on mówi jednak głosem biskupów, którzy mają swój wiek. Przy czym nie chodzi mi o numer pesel, tylko świat jaki się z sobą nosi; przy biskupach nie pomaga też to, że cały dorosłe życie żyli w pewnej bańce (w PRL w okowie prestiżu, potem przywilejów władzy), i to też powoduje, że słabiej czują to społeczeństwo w imieniu którego chcą przemawiać. Dlatego myślę, że tu jednak nie chodzi o autorytety, tylko bardziej język jakim się mówi. Franciszek jednak umiał nawiązać pewną więź i pokazać coś nowego, polski Kościół potrafi tylko rozmawiać z dawno przekonanymi. Więc chyba gubi też swoje znaczenie. I moim zdaniem wybory parlamentarne za dwa lata będą ostatnimi w których będzie odgrywał jakieś znaczenie.
Flag Counter