Blog > Komentarze do wpisu

Epitafium

Kiedyś pożyczyłem jej książkę o samobójstwie. Esej francuskiego pisarza, na który narzekała, ponieważ po pierwszych intensywnych stronach, coś się nagle zatrzymało i wraz z ciekawością uleciał jej wątek. A teraz powiedziano mi, że nie żyje. Że popełniła samobójstwo. W cichym pokoju dalekiego miasta.

Nie widzieliśmy się od dawna i kiedy przekazano mi wiadomość, nie odczułem tego jakoś specjalnie, jakby nic się nie wydarzyło i ziemia nie zmieniła swojego rytmu. Ale wróciłem do domu odmieniony. Wszystko było jak zwykle, a jednak coś się we mnie przeobraziło, małym, drżącym napięciem, które może niełatwo ująć, ale które wzbudza drżenie w całym sprężystym ciele. Dojmujące i ważkie.

A więc nie żyje. Mój Boże…

Funkcjonujemy w bezpiecznym świecie, gdzie wszystko jest jakoś poukładane, a potem nagle się okazuje, że nic nie jest stabilne. Że nie ma porządku i ład nie istnieje. I że życie znaczy niewiele więcej niż śmierć. Ciemna i pusta. Niema.

Zdjąłem buty, przebrałem się, zakupy powkładałem do lodówki. A potem usiadłem na krześle i nic więcej się nie działo. Nie potrafiłem nawet przypomnieć sobie jej twarzy, rysów, uśmiechów, różnych obrazów, które przecież kiedyś zapadały mi głęboko w pamięć, a teraz pozostawały nie do odtworzenia. Zagubione na zawsze jakby ich nigdy nie było.

W takich chwilach teraźniejszość jest jednak ciągle jeszcze przeszłością. Wiadomość o śmierci kogoś ciągle nie jest jego śmiercią. Po prostu ulubiony fotel ojca pozostaje pusty, ale później jak zwykle go zapełni, matka wejdzie do opuszczonego pokoju z tej kuchni, w której wiecznie przebywa. Tylko że potem się to przeciąga i w pewnym momencie się już wie, już się dojrzało. Chyba nie wyobrażałem sobie, że nigdy już jej nie spotkam, że przypadkowo na siebie nie wpadniemy, jak to się nieraz zdarzało, i z miejsca gdzieś nie pójdziemy, burząc te wszystkie plany, które jeszcze przed chwilą mieliśmy.

A jednak już jej nie spotkam. Nigdy. Ślady bosych stóp na brzegu powyciera fala, deszcz i wiatr wypierze całą resztę.

Może najbardziej dotknęło mnie to, że popełniła samobójstwo, że świat stał się dla niej na tyle trudny, że sama sprowadziła na siebie zagładę. Bezwzględnie i nieuchronnie, tak aby nic już nie było do uratowania. I cały jej świat, to wszystko co zbudowała swoimi drobnymi dłońmi, błyskotliwym umysłem, gibkim ciałem, tym wszystkim co ją stanowiło - rozpadło się. Bezdusznie. W zdeterminowanym czynie, który nigdy nie jest kaprysem a walką pozostaje na zawsze.

I myśl, że zrobiła to świadomie, z pełnym przygotowaniem i pod ciśnieniem, które nie zostawiło względnego wyboru, jest naprawdę trudna. Każdy z nas ma przecież doświadczenie, gdy życie staje się na tyle ciężkie, że rzeczywiście ma się wszystkiego dość. Ale jednak to przechodzimy, jakoś dajemy sobie radę i mamy poczucie, że od podobnych kroków byliśmy daleko. A ona tego nie udźwignęła. O ten jeden raz było dla niej za dużo. I ziemia potoczyła się w dół.

Próbowałem przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz ją widziałem, a potem ustalić czas, jakby można było dzięki temu coś zyskać. Rozchodzimy się w różne strony, gubimy się z oczu. W dobie współczesnej techniki jest łatwiej, bo wiadomości płyną drogą internetową. Nie miała konta na Facebooku, ale maile przesyłała z właściwą sobie nieregularnością. Zamknięte w mojej skrzynce są teraz znakiem minionego czasu. Zapewne niedługo je przeczytam, wracając do tego, co miało ciąg dalszy, ale co przybrało już postać ostateczną. Jak życie zamknięte w kilku tabletkach wziętych po to, by przyszłość nie nastąpiła.

Teraz jednak wciąż nie potrafię do nich sięgnąć. Odszukać ich i ułożonych w chronologicznym porządku - przeczytać, jeden po drugim, odtwarzając tę przeszłość, która przecież nie jest już do odtworzenia. Jak wszystko co w naszym życiu minione. Nie tylko twarze. Zresztą, przede wszystkim nie twarze.

I ją również zapomnę - wiem o tym - jak zapomina się wszystko. Choćbym stawał na głowie i próbował odwrócić cały porządek rzeczy. Może piszę to epitafium po to właśnie, by pomimo wszystko i ją i siebie przekonać, że jednak nie zapomnę. Ale zapomnę. Już zapominam, zamieniając tym tekstem w literacką postać, zależną od formy jaka przy tym powstaje. Nie umiem nawet powiedzieć ostatniego słowa, jakie należy powiedzieć. Może tylko, iż chyba jestem na nią zły, że odeszła, że rzeczywiście umarła. Na śmierć, tak właśnie jak się naprawdę umiera. Bo „tego nie robi się kotu”.

poniedziałek, 08 sierpnia 2016, marek_mroz
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Flag Counter