Blog > Komentarze do wpisu

James - Książna Casamassima

Takie powieści jak Henry’ego Jamesa Księżna Casamassima, której recenzję zaczynam, czyta się dziś jako zwierciadło epoki. I nie w znaczeniu realizmu czy innych kierunków, charakterystycznych dla czasów, lecz bardziej interpretacji świata, który dawno minął. I muszę brutalnie dodać, że chyba nic więcej nam też z tej książki nie przyjdzie.

Sama treść jest dość charakterystyczna dla schyłku XIX wieku. Hiacynt Robinson, bękart słabiej sytuowanej francuski z angielskim arystokratą, wychowywany przez szwaczkę, ponieważ matka, po jego urodzeniu, w rozpaczy odrzucenia, zamordowała ojca - jest mimo tytułu właściwym bohaterem i centrum powieści, a także jej kluczem. Na bardzo różnych płaszczyznach. Ten utalentowany introligator, jest zarazem początkującym socjalistą, gdzie łatwo wikła się w spisek, powierzając swoje życie na rozkaz. Przysięga wiąże go na pięć lat, lecz już niebawem po jej złożeniu traci swój światopogląd, a realna możliwość śmierci, buduje w nim inne kierunki. Rozkaz jednak nadchodzi, a ponieważ nie potrafi cofnąć danego słowa, choć przyjaciele go proszą, a z drugiej strony nie chce powielać losu rodziców, gdy morderstwo matki łączy się w nim ze śmiercią ojca – wybiera samobójstwo. I ten akt w kontekście założenia przekonań, w które przestał już wierzyć, i wiary w człowieka, którą zaczął już tracić, jest również wyrazem trudności życia, które ujawnia swój ciężar, niełatwy do uniesienia.

Tylko, ze mnie w tej książce ciekawi inny kierunek: ta powieść ma charakter genetyczny, wszystko jest tu zależne od pochodzenia, i wisi to nad człowiekiem jak fatum. Hiacynt, rzucony w wir życia plebejskiego, pozostaje jednak arystokratą. Wszyscy to rozpoznają, a jednak nikt nie wie dlaczego. Łatwość z jaką uczy się języka swojej biologicznej matki jest też łatwością genetyczną, podobnie jak rewolucyjny charakter odziedziczony po dziadku, wreszcie miecz Damoklesa, uwieszony nad jego karkiem, jest również związany ze zbrodnią, którą matka zadała ojcu. Oczywiście, może nas bawić sposób, w jaki to co nazywamy dziś genetyką było przedstawione w tej XIX-wieczej powieści, ale jej wartość nie ma charakteru naukowego, lecz bardziej kulturowy. Konfrontując go z dzisiejszym spojrzeniem (które może być śmieszne za 150 lat), odkrywamy świat dawnych wierzeń, gdzie aksjomaty wyznaczają pewne granice.

Autor, bardzo ważny bohater tej książki, jeśli czyta się ją w ten sposób, jest trochę jak Balzak, lub lepiej – jak jego cień. Wierzy w arystokrację, lub przynajmniej nie wierzy w jej rewers. Księżna jest tu rozpoznawana od razu, ma w sobie przymioty, które zniewalają. Podobnie Hiacynt, niesie za sobą smugę pochodzenia, i to wystarcza, aby niemal wszyscy z niższej klasy, do której formalnie należy, pozostawali pod jego urokiem. Gotowi nieść mu pomoc, nawet kosztem własnych wyrzeczeń, czy wyrzeczeń swoich własnych poglądów. Autor, niestety, uprawia tu swoistą teorię doboru naturalnego, gdzie piękne i szlachetniejsze swobodnie wypiera cięższe i brzydsze.

Ale mówię, że James jest trochę jak Balzak, ponieważ jego książka jest o kryzysie życia, na modłę egzystencjalną i rozczarowaniem porządkiem społecznym, choć zarazem sam pozostaje jego wyznawcą. Na tym tle pojawia się spisek początkujących socjalistów, którzy próbują obalić system. Z czasem ten spisek urasta autorowi do roli spinacza, który łączy wątki i uzasadnia zdarzenia. Jest czymś na kształt wody w akwarium pełnym różnorodnych ryb, docierając do wszystkich, i wiele sobą tłumacząc. To ważna przestrzeń, bo ona staje się osią, napędzając całe koło powieści. Tylko, że tu pojawia się problem, który tą powieść rozsadza. Bo James nic właściwie na temat socjalistów nie wie, sprawiając wrażenie znużonego. Kapitan Sholto, udający zainteresowanie spiskiem, aby podtrzymać zainteresowanie tytułowej księżnej, jest właściwą postacią do analogii z autorem, który ślizga się po powierzchni, przedstawiając zagadnienia w postaci frazesów wyczytanych z rojalistycznej prasy.

A to oczywiście za mało, jak na materię przenikającą fabułę. Nie może więc dziwić, że kładzie to blady cień na odbiór całej powieści. Choć zarazem – dodajmy z pretensjonalnym gestem – nie jedyna to wpadka. Właściwie tylko samo założenie książki, jej temat w znaczeniu muzycznym, jest wart poważniejszych rozmyślań. Tym tematem jest świat, okrutny świat, w którym nie tyle brak sprawiedliwości (także społecznej, co jednak z czasem coraz mniej interesuje autora), ile brak zrozumienia. Więcej, wyraźna jest dysharmonia między oczekiwaniami a możliwościami, i przede wszystkim – upadek wiary w człowieka. Powieść kończy się śmiercią Hiacynta, zobligowanego do popełnienia czynu w imię wartości, w które przestał wierzyć. A zobowiązany i zgodnie ze słowem honoru, nie uchyla się przed oddaniem życia, ale robi zwrot w drugą stronę, po to, by wyzwolić się z genetycznego piętna, czyli zbrodni matki.

Pewnie zbyt surowo oceniam książkę, której właściwą miarą jest inny świat, na tyle odległy, że już niemożliwy. Cóż, nie chcę temu zaprzeczać. Ale też trudno, abym po prostu stał się człowiekiem innej epoki, zapominając o swojej. Być  może prawda leży pośrodku, a wówczas (przynajmniej trochę) moja krytyka jest słuszna. Zresztą nie wzbraniam się przed urokiem minionych czasów. Wspomniałem o genetyce, swoiście stającej się fatalistycznym piętnem. Ciekawy jest również racjonalizm, swobodnie związany z irracjonalizmem. Vetch, stary skrzypek i nieformalny ojczym Hiacynta, przeczuwa samobójstwo - po prostu. Nie potrzebne są mu do tego gesty, swoisty nastrój, atmosfera. Wszystko bierze z powietrza, wyczuwając nosem. A to jest właśnie irracjonalizm, tak bardzo charakterystyczny dla epoki, który naturalnie łączy się tu z racjonalizmem. W pewnym sensie immanentnie należy do właściwej logiki, określając ówczesną rzeczywistość w obrębach, których nie podejrzewa sam autor.

Moje zarzuty są jednak poważniejsze. Wspomniałem już o spisku, którego James merytorycznie nie dopracował. Ale też więcej: postaci, które odkrywany w książce, nie dość, że słabo odmalowane, to jeszcze wyraźnie służą założonej tezie. Pojawiają się po to, aby uzasadnić. Przypominają poustawiane figurki, które w rytm oszczędnej melodii wyginają się w różnych kierunkach. I ci aktorzy, grający swoje role na tle lichej scenografii, sami się do niej dostosowują, zamiast podnosić jej jakość.

Problem jest też z tytułem. Wiadomo, rola księżny Casamassima jest dla Hiacynta ważna, może nawet w życiu introligatora – przełomowa. Tyko że w głównym temacie – pozostaje pośrednia. Również nie jest sprawczynią śmierci, choć jej nowy romans go dotknął. Oczywiście, postać księżny może służyć jako zwornik zmiany poglądów, w imię których bohater musi wykonać wyrok, pozbawiony już wcześniejszego znaczenia. Ale powiedzmy sobie szczerze: socjalistyczna konspiracja nigdy nie była domeną Robinsona, i poglądy tracił na różne sposoby, ponieważ nigdy ich do końca nie przyjął. Dlatego śmiało możemy mówić o przygodności tytułu, a określanie go jako wskazówki do zrozumienia fabuły jest pogubieniem tropów.

Mam nawet poczucie, że przyjęte wcześniej założenia, rozpłynęły się, gdy autor siadł do pisania. W tym sensie powieść byłaby grą pozorów, gdzie przypadkowe intencje, za płochością których James nie zawsze nadążał, stymulują koncepcję. Baudrillard byłby dumny. Ale to by też znaczyło, że za książką nic więcej się już nie kryje. Dramat młodego Hiacynta jest w swojej istocie dramatem daremnym. I to w warstwie powieściowej. Miałoby to znaczenie, gdyby było świadome. Ale jednak nie jest.

Cóż, takie mi płyną wnioski.



środa, 08 sierpnia 2012, marek_mroz
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Flag Counter